Nim zacząłem przemierzać rzymskie ulice, musiałem się tam w ogóle dostać. Zabrałem więc swój rower i wyruszyłem w podróż, której celem było Wieczne Miasto.
Dzień transportu do Włoch okazał się prawdziwym logistycznym wyzwaniem. Harmonogram był niezwykle napięty – najpierw czekała mnie podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy.
Po dotarciu do stolicy musiałem przesiąść się na rower i samodzielnie dojechać na Lotnisko Chopina, by na koniec dnia – już w słonecznych Włoszech – pokonać jeszcze trasę z portu im. Leonarda da Vinci prosto do hotelu.
Pociąg w Gdańsku podstawił się punktualnie, co nastroiło mnie optymistycznie. Bez zbędnych komplikacji ulokowałem mój rower w wyznaczonym przedziale i zająłem fotel przy oknie.
Pogoda dopisała, a krajobrazy za szybą przesuwały się kojąco – podróż mijała szybko i wyjątkowo przyjemnie. Nie ukrywam, mam słabość do kolei.
Warszawa powitała mnie popołudniowym słońcem. Do odlotu pozostało jeszcze pięć godzin, co było zbawiennym zapasem czasu. Idealnie – mogłem spokojnie dotrzeć na lotnisko i bez pośpiechu rozeznać się, jak najbezpieczniej nadać mój jednoślad.
Nim zacząłem przemierzać rzymskie ulice, musiałem się tam w ogóle dostać. Zabrałem więc swój rower i wyruszyłem w podróż, której celem było Wieczne Miasto.
Dzień transportu do Włoch okazał się prawdziwym logistycznym wyzwaniem. Harmonogram był niezwykle napięty – najpierw czekała mnie podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy.
Po dotarciu do stolicy musiałem przesiąść się na rower i samodzielnie dojechać na Lotnisko Chopina, by na koniec dnia – już w słonecznych Włoszech – pokonać jeszcze trasę z portu im. Leonarda da Vinci prosto do hotelu.


Po krótkim czasie znalazłem bramkę do odprawy oraz dowiedziałem się, gdzie jest punkt przyjmowania bagażu ponadwymiarowego.
Zacząłem rozkręcać rower tak, by go zmieścić do specjalnego pokrowca oraz zabezpieczyć jego kluczowe elementy, przed uszkodzeniem w czasie transportu.


Wizja rozpoczęcia wakacji z uszkodzonym w wyniku transportu sprzętem trochę mnie stresowała. Ale byłem pewny, że zrobiłem wszystko, by nic się nie wygięło, w szczególności elementy tylnej przerzutki.
Po jakimś czasie odprawiłem bagaż i zdałem rower na samolot.

Później już poszło gładko. Kontrola na bramce i byłem w środku. Lot odbył się punktualnie. Podróż przebiegła bardzo dobrze. Cały lot rozmyślałem o tym, co zobaczę i jak potoczy się cała rowerowa wycieczka po Włoszech. Byłem bardzo podekscytowany.


W końcu wylądowaliśmy. Od razu poszedłem szukać mojego roweru. Czy doleciał w jednym kawałku?
Jest! Torba przypominająca zwłoki w worku leżała gdzieś obok podajnika na zwykły bagaż. Jestem już zmęczony całym dniem jeżdżenia. Szybko składam rower w całość. Szczęśliwie nic nie zostało uszkodzone albo wygięte.
Kieruję się do wyjścia z lotniska. Zostało dojechać do hotelu, który znalazłem blisko lotniska.
Trafiłem na miejsce i odpoczywam. Jutro jadę do Rzymu!
| Czas wycieczki | 3 dni | Dystans | 100 km |
| Droga pod górę | 700 m |
| Poziom trudności | 2/6 |
| Początek wyprawy | Fiumicino |
| Nawierzchnia | Asfalt |
| Preferowany typ roweru | Każdy |


Obudziłem się punktualnie, dokładnie tak, jak zakładał plan. Pierwsze, co zrobiłem, to wyjrzałem przez okno – powitało mnie bezchmurne, włoskie niebo. To był ten moment! Lotnisko Fiumicino dzieliło mnie od serca Rzymu o zaledwie piętnaście kilometrów – dystans idealny na początek mojej wyprawy.
Czas rozpocząć rowerową przygodę z prawdziwego zdarzenia! Z werwą ruszyłem przed siebie, szybko trafiając na malowniczą ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegów Tybru.
Emocje sięgnęły zenitu! Inna roślinność, to specyficzne, południowe światło i aura wielkiej przygody sprawiały, że rower zdawał się jechać sam. Nie potrafiłem ukryć uśmiechu – czułem się, jakbym sam do siebie promieniał z radości. To działo się naprawdę, byłem w Rzymie!

Po pewnym czasie zjechałem ze spokojnej ścieżki prosto w gęstwinę miejskiej dżungli. Tłoczna ulica przywitała mnie zupełnie innym rytmem niż ten, do którego przywykłem w Polsce. Tu każdy trąbi na każdego, tworząc nieustanną kakofonię dźwięków. Samochody przemykają niebezpiecznie blisko, a skutery pojawiają się dosłownie znikąd, wyprzedzając z każdej strony. Mówiąc krótko: totalna masakra.
Ostrzegano mnie, że włoski styl jazdy to osobna liga, ale teoria zderzyła się z rzeczywistością w bardzo brutalny sposób. Musiałem mieć dosłownie oczy dookoła głowy. Nie zwalniając jednak tempa, wjechałem w sam środek rzymskiego centrum, zdeterminowany, by dotrzeć do mojego pierwszego punktu na mapie.
Zatrzymałem się na dłuższą chwilę, by złapać oddech po tej szalonej miejskiej przeprawie. To miejsce całkowicie mnie oczarowało – klimat był nie do podrobienia. Na pierwszy ogień poszło Koloseum; choć znałem je z setek zdjęć, widok tej monumentalnej budowli na żywo, podziwianej z zewnątrz, dosłownie zapierał dech w piersiach.


To niesamowite, jak silne emocje budzi przebywanie w miejscu o tak wielkim ciężarze gatunkowym. Przeszłość tego amfiteatru jest mroczna i brutalna – te mury były niemymi świadkami walk gladiatorów, w których jedyną stawką było życie. Tu, na arenach, ginęli pierwsi chrześcijanie, rozszarpywani przez bestie ku uciesze rozszalałego tłumu, który wył z zachwytu przy każdym akcie okrucieństwa. Patrząc na te poszczerbione ściany, niemal słyszę echo tamtego zgiełku i czuję dreszcz na myśl o tym, co działo się tu wieki temu.

Manewrowałem rowerem w poszukiwaniu najlepszych kadrów, starając się uchwycić magię tego miejsca na zdjęciach. Tłumy oczywiście były, ale w granicach rozsądku – październikowa aura zdecydowanie sprzyjała spokojniejszemu odkrywaniu Rzymu. W myślach dziękowałem sobie za wybór tego terminu; wyobrażając sobie letni, duszny gwar i morze turystów, wiedziałem, że byłoby to dla mnie zdecydowanie zbyt męczące.
Ten mieszczący się przy Koloseum najlepiej zachowany antyczny łuk stanowił część trasy triumfalnej.
Zbudował go Konstantyn Wielki na cześć zwycięstwa nad tyranem Maksencjuszem. Łuk dzieli się na trzy, z których środkowy jest największy. Ozdobione są płaskorzeźbami i posągami, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Na łuku mieszczą się posągi, które przedstawiają plemiona, które zostały podbite. Łącznie jest ich pięć.


Ten przepełniony ogromny plac zabytków będący niegdyś centrum Rzymu, w którym działy się najważniejsze wydarzenia religijne, czy też polityczne to jedno z najważniejszych miejsc w mieście.


Z racji tego, że poruszam się rowerem objechałem go z zewnątrz. Robi ogromne wrażenie. Ponoć skremowane są tu zwłoki samego Juliusza Cezara. Legendy głoszą, że czarny marmur, który jest na terenie tego starożytnego placu to miejsce pochówku samego Romulusa, który zabił swojego brata - Remusa.

Na samym wejściu od strony Koloseum pięknie prezentuje się Łuk Tytusa. Ta wysoka na 15 metrów konstrukcja, wykonana z białego marmuru, jak wiele innych wspaniałych zabytków w Rzymie ma ponad 2000 lat.

Łuk triumfalny został prawdopodobnie wybudowany dla uczczenia zwycięstwa Tytusa wraz z Wespazjanem po wojnie z Żydami i zdobyciu Jerozolimy.
...mieści się niedaleko od wcześniej odwiedzonego łuku. Prowadzi do niego ślepa uliczka, na końcu której mieści się ten mały, obdarty z zewnątrz obiekt sakralny.

Wzniesiony w 1965 roku kościół klasztorny Franciszkanów, chociaż skromny z zewnątrz, co dla mnie ma swój rodzaj piękna, w środku zachwyca pięknym ołtarzem oraz obrazami mieszczącymi się na ścianach.

Poświęcam tu chwilę na krótką modlitwę i ruszam dalej.
Jadąc dalej po Rzymie podziwiam każdy zakątek. Nieśpiesznie mając za sobą Koloseum zbliżam się do kolejnego celu wycieczki.
Ten najpóźniej zbudowany w Rzymie plac. Zachwyca swoją ogromną powierzchnią oraz licznymi zabytkami mieszczącymi się na jego terenie.


Moją uwagę zwraca piękny Kościół Najświętszej Marii Panny z Loreto.

Znalazłem punkt widokowy wraz z legendą i dłuższą chwilę odszukiwałem poszczególne zabytki, porównując je z informacjami na tablicy. To bardzo ekscytujące odkrywać i poznawać Rzym.
Kolejnym, niedaleko mieszczącym się punktem wycieczki od Forum Trajana jest słynny Plac Wenecki. Niegdyś pałac, który widzicie poniżej na zdjęciu był rezydencją papieską.
Za czasów rządzenia Mussoliniego miejsce te było jego siedzibą. Miejsce warte zwiedzenia. Zadziwia swymi rozmiarami i pięknym wykończeniem.

Baaardzo dużo ludzi stoi przy pięknej fontannie i przebywa na schodach. Miejsce jest bardzo popularne. Na 137-stopniowe schody z rowerem się już nie pchałem i nacieszyłem oczy widokiem z dołu.


Ciekawostką jest fakt, że za siadanie na schodach można zabulić 400 euro ;D. Widziałem policjantów, którzy zakochanych w tym miejscu turystów chcących przysiąść na schodach i wykonać sobie kilka słit foci zganiali. Pewnie trzeba się postarać mocniej o ten mandat.
Nazwa mylnie była łączona z tym, że miejsce zostało ufundowane przez Hiszpanów. Tak naprawdę zostało sfinansowane przez Stefano Gueffiera - francuskiego dyplomatę.
Nazwa wzięła się od znajdującej się tu kiedyś ambasady hiszpańskiej.
Po wejściu Schodami Hiszpańskimi na górę trafimy na starszy od samych schodów kościół - Trinità dei Monti i obelisk Sallustiano.
Jadę ciekawą, licznie uczęszczaną ulicą wprost do kolejnego celu wycieczki. Postanawiam wyciągnąć telefon i nagrać dla Was ten krótki przejazd.
Piazza del Popolo przytłoczyło mnie swoim rozmachem – to plac o imponującej skali, który wywiera piorunujące wrażenie. Centralny punkt zajmuje tam majestatyczny, 24-metrowy egipski obelisk, wzniesiony przed wiekami przez samego Ramzesa. Świadomość, że ten kamienny świadek historii został sprowadzony do Rzymu już w 10 roku p.n.e., dodaje całemu miejscu niemal mistycznej aury.


Plac od strony południowej zamykają dwa bliźniacze kościoły. Są ogromne i robią na turystach wrażenie.

Od strony wschodniej, na wzniesieniu mieści się punkt widokowy - Terrazza del Pincio, z którego roztacza się przepiękny widok na plac i sporą część Rzymu.

Ruszam w dalszą drogę. Zjechałem nieco niżej, pod poziom miejskiej infrastruktury, prosto na nadbrzeże Tybru. To genialne rozwiązanie dla rowerzystów – prawdziwy, bezpieczny korytarz, który pozwala całkowicie odciąć się od ulicznego chaosu i bezstresowo przemierzać kolejne części miasta.
Ścieżka rowerowa, wijąca się wzdłuż nurtu rzeki, to dla cyklisty prawdziwy skarb. Pozwala ona sprawnie pokonać niemal cały Rzym – z północy na południe i z powrotem – z dala od hałasu i spalin, w całkowitym spokoju.
<Zamek Świętego Anioła to absolutna ikona Rzymu, miejsce, które przyciąga magnetyczną siłą. Jego potężne mury skrywają fascynującą, wielowiekową historię, która mogłaby posłużyć za scenariusz niejednego epickiego filmu.
Do twierdzy prowadzi zachwycający Most Świętego Anioła – prawdziwe barokowe arcydzieło, nad którym czuwają wykute w kamieniu, dostojne figury aniołów. Spacer po nim to niezwykle nastrojowe doświadczenie, które stanowi idealny wstęp do odkrywania wnętrza samej budowli.

Niegdyś Mauzoleum Hadriana to grobowiec cesarza Hadriana i jego rodziny. Obiekt ten zmieniał swoje funkcje w późniejszym czasie. Mauzoleum została przerobione na więzienie, a następnie na fortecę.

W końcu pod koniec VI wieku nadane zostało mu miano Zamku Świętego Anioła, aby upamiętnić niezwykłe wydarzenie, jakim było rzekome objawienie się Anioła nad zamkiem, jako znak zakończenia szerzącej się w tych czasach epidemii. Sądzono, że została sprowadzona na ludzi, jako gniew Boży.
Dziś mury te są otwarte dla zwiedzających jako fascynujące muzeum. To doskonała okazja, by zagłębić się w kolejne rozdziały historii tego miejsca i na własne oczy zobaczyć bezcenne przedmioty, które przetrwały wieki, by dziś opowiedzieć nam swoje sekrety.

Mój następny cel wycieczki widać już będąc pod wyżej wspomnianym Zamkiem Świętego Anioła. Do Placu Świętego Piotra prowadzi znana ulica - Via della Conciliazione.

Kończę kawę i już nie mogę doczekać się tego, co zaraz zobaczę. Prowadzę rower i już po chwili wchodzę na ten wyjątkowy plac.


To miejsce kojarzy chyba każdy, nawet jeśli nigdy nie postawił stopy w Wiecznym Mieście. W samym jego sercu wznosi się monumentalny, granitowy obelisk – prawdziwy świadek historii. Dumnie przyozdobiony papieskim herbem, stoi w chrześcijańskim centrum świata, choć jego korzenie sięgają znacznie dalej w przeszłość – pochodzi bowiem z samego serca starożytnego Egiptu!



Podczas wizyty w Watykanie Muzea Watykańskie to absolutny punkt obowiązkowy. Zgromadzono tam tak gigantyczną i bezcenną kolekcję sztuki klasycznej oraz renesansowej – z nieśmiertelnymi freskami Michała Anioła na czele – że po wyjściu czułem niemal fizyczny ból głowy od nadmiaru piękna. Przepych zdobionych sal, wszechobecne płótna, posągi i rzeźby przytłaczały swym majestatem, sprawiając, że od bogactwa detali i kunsztu artystów trudno było po prostu zebrać myśli.

Nie ma większego sensu, bym Wam wrzucał tu sto zdjęć z muzeum, a w szczególności z Kaplicy Sykstyńskiej, w której robienie fotografii jest zabronione ;-)

Robienie zdjęć w Kaplicy Sykstyńskiej zabronione jest ze względu na podpisaną umowę między Watykanem, a japońską telewizją. W zamian za kosztowny remont wykonany przez japońskiego nadawcę telewizyjnego, Japończycy mają monopol na robienie zdjęć kaplicy. Ciekawe ;-)

Watykan prezentuje się równie pięknie nocą. Pięknie oświetlony kolumny zamykające plac i sama Bazylika Świętego Piotra wprowadza mnie w niesamowity nastrój.


Powietrze jest przyjemnie ciepłe. Siadam w cieniu filaru, u podnóża monumentalnego obelisku, i w zupełnej ciszy chłonę atmosferę tego miejsca. Próbuję sobie wyobrazić, jak ten plac zmienia się, gdy wypełniają go tysiące pielgrzymów podczas papieskich audiencji – to musi być widok, który zapiera dech. Może kiedyś uda mi się go doświadczyć na własne oczy? Jedno wiem na pewno: do Rzymu wrócę, i to z wielką radością.
Moją uwagę przykuł również Pomnik Migrantów, który od kilku lat znajduje się nieopodal jednej z fontann. Został on uroczyście odsłonięty przez papieża Franciszka po mszy z okazji Światowego Dnia Migranta i Uchodźcy. Autorem tego poruszającego dzieła jest wybitny rzeźbiarz, Timothy Schmalz.
Rzeźba robi kolosalne wrażenie – precyzja wykonania i dbałość o najdrobniejszy detal sprawiają, że nie sposób przejść obok niej obojętnie; dzieło autentycznie chwyta za serce i skłania do głębokiej refleksji. Umieszczenie tak wymownego monumentu w samym sercu Watykanu to bez wątpienia ogromne wyróżnienie dla artysty i niezwykle ważny sygnał dla świata.


Kolejnego dnia postanowiłem wyruszyć na spotkanie z żywą historią – odwiedziłem najstarszą drogę świata! Świadomość, że pod moimi kołami znajdują się kamienie, po których przed ponad dwoma tysiącami lat maszerowały rzymskie legiony, była absolutnie oszałamiająca. To po prostu niesamowite uczucie!
Via Appia rozciąga się na ponad pięćset kilometrów, a ja miałem chrapkę, by choć fragment tej antycznej trasy pokonać na własnym rowerze. Oczywiście nie znajdziecie tu asfaltu – to autentyczny, nadszarpnięty zębem czasu bruk. Na szczęście, po wyłączeniu z ruchu kołowego, szlak stał się rajem dla pieszych i rowerzystów, którzy chętnie korzystają z wydeptanych ścieżek biegnących wzdłuż wiekowych kamiennych płyt.
Współczesny początek Via Appia wyznacza charakterystyczne rozwidlenie dróg, przy którym wznosi się słynny kościół Domine Quo Vadis. Choć większość zna go pod tą właśnie nazwą, oficjalnie to świątynia pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny in Palmis.


Kościół ten jest bardzo popularny wśród turystów ze względu na legendę. To tutaj miał objawić się uciekającemu z Rzymu świętemu Piotrowi sam Jezus Chrystus.
To tutaj padły słowa wypowiedziane przez świętego Piotra: „Quo vadis domine?”. Powstał tu kościół, w środku którego mieści się kamień (replika), z odciskami stóp Jezusa, które zostały po jego objawieniu w tym miejscu.
Wewnątrz kościoła mieści się polski akcent. Jest to marmurowa rzeźba z brązu przedstawiająca Henryka Sienkiewicza, utworzona na cześć otrzymania przez Sienkiewicza Literackiej Nagrody Nobla za Quo vadis: Powieść z czasów Nerona

Ruszyłem dalej. Początek drogi to brukowana droga. Trochę dalej pojawia się pierwsze atrakcja jakąś możecie zwiedzieć, jeśli macie trochę więcej czasu. Katakumby Świętego Kaliksta to starożytne tunele, będąc miejscem spoczynku pierwszych Chrześcijan. Wejście jest biletowane i można zwiedzać z przewodnikiem, również w języku polskim.

Nieco dalej możecie odwiedzić Katakumby świętego Sebastiana, który wraz z innymi ludźmi został pochowany w tych starożytnych katakumbach.
Droga jak widać nie należy do najprzyjemniejszych, ale o to właśnie chodzi nie? Liznąć historii i poczuć klimacik. Rosną tu jakieś dziwne rośliny, których nigdy wcześniej nie widziałem. Wzdłuż drogi mijam mury wilii i rezydencji. Chyba mieszkają tu jacyś bardzo zamożni ludzie.


Pełno tu historycznych pozostałości. Kamienne tablice, mury i wiele innych. Czuć, że czas stanął tu w miejscu. Nie ma tu w ogóle ludzi i jest totalna cisza.


Mijam ogromny obiekt, którym jest Mauzoleum Cecylii Metelli. Ta cylindryczny, beczkowaty obiekt miejscem pochówku córki Kwintusa Cecyliusza Metellusa i żony Marka Krassusa. No nie powiem. Z rozmachem. W średniowieczu obiekt ten został przerobiony na fortecę. Do środka można dostać się po zakupieniu biletu.


Regina Viarum (Królowa dróg) to inna nazwa tej mającej niegdyś ogromne znaczenie strategiczne drogi. Łączyła prowincje państwa rzymskiego. Przemierzały ją legiony, kupcy oraz posłańcy.

To wzdłuż niej w 71 roku p.n.e ukrzyżowano sześć tysięcy powstańców pod wodzą Spartakusa, po nieudanym powstaniu nad rzeką Silarus!
Udało mi się wreszcie zobaczyć prawdziwe akwedukty. Akwedukty Klaudiusza wybudowane w 71 r. zaopatrywały w wodę 20% Rzymu.

To wprost niepojęte, że te antyczne konstrukcje zdołały przetrwać próbę czasu i wciąż stoją, pozwalając nam na własne oczy podziwiać geniusz dawnych budowniczych. Patrzenie na nie to jak dotykanie samej historii, która mimo upływu wieków wciąż zdaje się tętnić życiem.
Byłem absolutnie oczarowany – to była lekcja historii, której nie zapomnę do końca życia. Z głową pełną wrażeń i nowej wiedzy, powoli skierowałem się z powrotem w stronę tętniącego życiem centrum.
Fontanna Di Trevi to jedna z najpopularniejszych atrakcji w Rzymie. Ludzie tłumnie tu przychodzą, rzucają monety do zbiornika fontanny.

Legenda głosi, że kto rzuci za siebie monetą do fontanny, jeszcze tu kiedyś powróci. Dwie monety mają zwiastować romans xD, a trzy - ślub. Wrzuciłem całą garść monet i niech się dzieje co chce ;-)
Plazza Navona to kolejny przepiękny plac z piękną Fontanną Maura i Fontanną del Neptuna, Obeliskiem Agonale i Kościółem Sant’Agnese in Agone, który dumnie tkwi nad (zdaniem wielu turystów) najpiękniejszą fontanna w Rzymie, czyli Fontanna Czterech Rzek.

Plac ten powstał w miejscu stadionu lekkoatletycznego. Źródła podają, że artyści Berninim i Borromin, którzy projektowali Fontannę Czterech Rzek oraz Kościół świętej Agnieszki nie darzyli się zbytnio sympatią, z czym ma być związana mina postaci na fontannie, których głowy odwracają się od fasady kościoła z grymasem na ustach.
Jestem w stanie uwierzyć, że tak właśnie było. Okrążam ten piękny plac podziwiając wszystkie piękne obiekty w nim zawarte, po czym jadę zwiedzać dalej.
Teatr Marcellusa w pierwszej kolejności kojarzy mi się z Koloseum. Był to starożytny teatr. W jednym momencie przedstawienie mogło podziwiać trzynaście tysięcy widzów!

Już za czasów panowania Cezara ten obiekt miał być zbudowany, jednak jego przedwczesna śmierć opóźniła budowę tego obiektu.

Niedaleko Teatru Marcellusa, przy Bazylice Santa Maria in Cosmedin mieści się popularny wśród turystów kamienny obiekt - Usta Prawdy. Ten marmurowy medalion z tajemniczo wyglądającą twarzą ma ponad 2000 lat! Nie wiadomo dokładnie, jakie było pochodzenie i zastosowanie tej rzeźby. Teorii jest kilka.
Nie jest tez jasne oblicze czyjego bóstwa zostało przedstawione na medalionie. Może to być grecki bóg Tryton, a może tytan Okeanos. Niektórzy wskazują na rzymskiego boga Jowisza. Niektórzy mają na myśli staroitalskiego boga płodności - Fauna. Może to być również oblicze rzymskiego boga złodziei i handlu - Merkurego.

Dzisiaj turyści robią zdjęcia wkładając palce dłoni do ust tej dziwnej brodatej twarzy. Legenda głosi, że osoba, której palce dłoni tkwiły w ustach tej kamiennej twarzy, a która składała fałszywe świadectwo, miałby być przez tę rzeźbę odgryzane! Cóż...Na to wygląda, że jeszcze pogram na pianinie ;-)
Legenda głosi, że Bazylika Matki Boskiej Śnieżnej powstała po tym jak papieżowi Liberiuszowi i rzymianinowi Janowi przyśniła się Maryja i powiedziała, że w miejscu, w którym w środku lata spadnie śnieg powstać ma kościół. Tak też się stało, gdy w sierpniu 352 roku spadł w tej okolicy śnieg, papież nakazał budowę w tym miejscu kościoła
Oglądam miły dla oka kościół siedząc przy fontannie, która jest tuż przed wejściem. Po jakimś czasie uciekam stąd dalej zwiedzać pozostałe punkty tej wycieczki.

Panteon to miejsce poświęcone rzymskim bogom i panującemu cesarzowi. Kilkaset lat później Panteon został przerobiony na kościół pod wezwaniem Świętej Marii Panny od Męczenników. Jak inne zabytkowe obiekty, ten też zmieniał swoje funkcje. W średniowieczu został zmieniony w fortecę.

Duża kolejka przed wejściem zniechęciła mnie do czekania. Może innym razem. Na pewno warto. Za to zgłodniałem.
To świetna okazja na prawdziwą włoską pizzę. Rozgościłem się przy stoliku włoskiej restauracji z najlepszy widokiem na Panteon. Piłem pyszną Caffè latte w oczekiwaniu na pizzę, napawając się tą chwilą i wyjątkowym miejscem, w którym jestem. Po niedługiej chwili na stoliku leżała przepyszna pizza ;-)

Bazylika św. Jana na Lateranie ta wspaniała, ogromna rezydencja przytłaczająca swą wielkością była rezydencją papieską przez wieki. Była pierwszym kościołem, który powstał w Rzymie. W ciągu wieków ulegała pożarom, trzęsieniom ziemi i grabieżom. Główna fasada tego gmachu robi ogromne wrażenie. Na jej szczycie mieści się piętnaście siedmiometrowych figur. Po środku nich stoi rzeźba Chrystusa.


Miejsce można zwiedzić wewnątrz, niestety choćbym chciał wszystkiego nie oblecę podczas tak krótkiego pobytu w Rzymie, ale to kolejna zachęta, by tu wrócić i nadrobić zaległości.
Podziwiałem jakiś czas bazylikę i całą okolicę, po czym wracam do hotelu. Jestem pozytywnie zmęczony zwiedzaniem.

Rzym całkowicie skradł moje serce. To była moja pierwsza wyprawa o tak dużym rozmachu do zagranicznej stolicy, co czyni ją jeszcze bardziej wyjątkowym doświadczeniem.
Cieszę się, że dane mi było zobaczyć tyle historycznych perełek na własne oczy. Rzym ma w sobie niepowtarzalny klimat – to miasto jest jedyne w swoim rodzaju i nie przypomina absolutnie żadnego, które do tej pory odwiedziłem.
Zafascynowała mnie też tutejsza mentalność i temperament mieszkańców. Podróże kształcą, a ta była dla mnie potężną dawką wiedzy i inspiracji, którą będę zgłębiał oraz weryfikował jeszcze długo po powrocie do domu.
Ten wpis dobiega końca, ale moja wyprawa nie – ruszyłem w głąb Włoch, kierując się prosto w stronę gór.
O mojej podróży do Pescosolido i dalszych przygodach możecie poczytać, klikając Tutaj
Nim zacząłem przemierzać rzymskie ulice, musiałem się tam w ogóle dostać. Zabrałem więc swój rower i wyruszyłem w podróż, której celem było Wieczne Miasto.
Dzień transportu do Włoch okazał się prawdziwym logistycznym wyzwaniem. Harmonogram był niezwykle napięty – najpierw czekała mnie podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy.
Po dotarciu do stolicy musiałem przesiąść się na rower i samodzielnie dojechać na Lotnisko Chopina, by na koniec dnia – już w słonecznych Włoszech – pokonać jeszcze trasę z portu im. Leonarda da Vinci prosto do hotelu.
Pociąg w Gdańsku podstawił się punktualnie, co nastroiło mnie optymistycznie. Bez zbędnych komplikacji ulokowałem mój rower w wyznaczonym przedziale i zająłem fotel przy oknie.
Pogoda dopisała, a krajobrazy za szybą przesuwały się kojąco – podróż mijała szybko i wyjątkowo przyjemnie. Nie ukrywam, mam słabość do kolei.
Warszawa powitała mnie popołudniowym słońcem. Do odlotu pozostało jeszcze pięć godzin, co było zbawiennym zapasem czasu. Idealnie – mogłem spokojnie dotrzeć na lotnisko i bez pośpiechu rozeznać się, jak najbezpieczniej nadać mój jednoślad.
Nim zacząłem przemierzać rzymskie ulice, musiałem się tam w ogóle dostać. Zabrałem więc swój rower i wyruszyłem w podróż, której celem było Wieczne Miasto.
Dzień transportu do Włoch okazał się prawdziwym logistycznym wyzwaniem. Harmonogram był niezwykle napięty – najpierw czekała mnie podróż pociągiem z Gdańska do Warszawy.
Po dotarciu do stolicy musiałem przesiąść się na rower i samodzielnie dojechać na Lotnisko Chopina, by na koniec dnia – już w słonecznych Włoszech – pokonać jeszcze trasę z portu im. Leonarda da Vinci prosto do hotelu.


Po krótkim czasie znalazłem bramkę do odprawy oraz dowiedziałem się, gdzie jest punkt przyjmowania bagażu ponadwymiarowego.
Zacząłem rozkręcać rower tak, by go zmieścić do specjalnego pokrowca oraz zabezpieczyć jego kluczowe elementy, przed uszkodzeniem w czasie transportu.


Wizja rozpoczęcia wakacji z uszkodzonym w wyniku transportu sprzętem trochę mnie stresowała. Ale byłem pewny, że zrobiłem wszystko, by nic się nie wygięło, w szczególności elementy tylnej przerzutki.
Po jakimś czasie odprawiłem bagaż i zdałem rower na samolot.

Później już poszło gładko. Kontrola na bramce i byłem w środku. Lot odbył się punktualnie. Podróż przebiegła bardzo dobrze. Cały lot rozmyślałem o tym, co zobaczę i jak potoczy się cała rowerowa wycieczka po Włoszech. Byłem bardzo podekscytowany.


W końcu wylądowaliśmy. Od razu poszedłem szukać mojego roweru. Czy doleciał w jednym kawałku?
Jest! Torba przypominająca zwłoki w worku leżała gdzieś obok podajnika na zwykły bagaż. Jestem już zmęczony całym dniem jeżdżenia. Szybko składam rower w całość. Szczęśliwie nic nie zostało uszkodzone albo wygięte.
Kieruję się do wyjścia z lotniska. Zostało dojechać do hotelu, który znalazłem blisko lotniska.
Trafiłem na miejsce i odpoczywam. Jutro jadę do Rzymu!
| Czas wycieczki | 3 dni | Dystans | 100 km |
| Droga pod górę | 700 m |
| Poziom trudności | 2/6 |
| Początek wyprawy | Fiumicino |
| Nawierzchnia | Asfalt |
| Preferowany typ roweru | Każdy |


Obudziłem się punktualnie, dokładnie tak, jak zakładał plan. Pierwsze, co zrobiłem, to wyjrzałem przez okno – powitało mnie bezchmurne, włoskie niebo. To był ten moment! Lotnisko Fiumicino dzieliło mnie od serca Rzymu o zaledwie piętnaście kilometrów – dystans idealny na początek mojej wyprawy.
Czas rozpocząć rowerową przygodę z prawdziwego zdarzenia! Z werwą ruszyłem przed siebie, szybko trafiając na malowniczą ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegów Tybru.
Emocje sięgnęły zenitu! Inna roślinność, to specyficzne, południowe światło i aura wielkiej przygody sprawiały, że rower zdawał się jechać sam. Nie potrafiłem ukryć uśmiechu – czułem się, jakbym sam do siebie promieniał z radości. To działo się naprawdę, byłem w Rzymie!

Po pewnym czasie zjechałem ze spokojnej ścieżki prosto w gęstwinę miejskiej dżungli. Tłoczna ulica przywitała mnie zupełnie innym rytmem niż ten, do którego przywykłem w Polsce. Tu każdy trąbi na każdego, tworząc nieustanną kakofonię dźwięków. Samochody przemykają niebezpiecznie blisko, a skutery pojawiają się dosłownie znikąd, wyprzedzając z każdej strony. Mówiąc krótko: totalna masakra.
Ostrzegano mnie, że włoski styl jazdy to osobna liga, ale teoria zderzyła się z rzeczywistością w bardzo brutalny sposób. Musiałem mieć dosłownie oczy dookoła głowy. Nie zwalniając jednak tempa, wjechałem w sam środek rzymskiego centrum, zdeterminowany, by dotrzeć do mojego pierwszego punktu na mapie.
Zatrzymałem się na dłuższą chwilę, by złapać oddech po tej szalonej miejskiej przeprawie. To miejsce całkowicie mnie oczarowało – klimat był nie do podrobienia. Na pierwszy ogień poszło Koloseum; choć znałem je z setek zdjęć, widok tej monumentalnej budowli na żywo, podziwianej z zewnątrz, dosłownie zapierał dech w piersiach.


To niesamowite, jak silne emocje budzi przebywanie w miejscu o tak wielkim ciężarze gatunkowym. Przeszłość tego amfiteatru jest mroczna i brutalna – te mury były niemymi świadkami walk gladiatorów, w których jedyną stawką było życie. Tu, na arenach, ginęli pierwsi chrześcijanie, rozszarpywani przez bestie ku uciesze rozszalałego tłumu, który wył z zachwytu przy każdym akcie okrucieństwa. Patrząc na te poszczerbione ściany, niemal słyszę echo tamtego zgiełku i czuję dreszcz na myśl o tym, co działo się tu wieki temu.

Manewrowałem rowerem w poszukiwaniu najlepszych kadrów, starając się uchwycić magię tego miejsca na zdjęciach. Tłumy oczywiście były, ale w granicach rozsądku – październikowa aura zdecydowanie sprzyjała spokojniejszemu odkrywaniu Rzymu. W myślach dziękowałem sobie za wybór tego terminu; wyobrażając sobie letni, duszny gwar i morze turystów, wiedziałem, że byłoby to dla mnie zdecydowanie zbyt męczące.
Ten mieszczący się przy Koloseum najlepiej zachowany antyczny łuk stanowił część trasy triumfalnej.
Zbudował go Konstantyn Wielki na cześć zwycięstwa nad tyranem Maksencjuszem. Łuk dzieli się na trzy, z których środkowy jest największy. Ozdobione są płaskorzeźbami i posągami, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Na łuku mieszczą się posągi, które przedstawiają plemiona, które zostały podbite. Łącznie jest ich pięć.


Ten przepełniony ogromny plac zabytków będący niegdyś centrum Rzymu, w którym działy się najważniejsze wydarzenia religijne, czy też polityczne to jedno z najważniejszych miejsc w mieście.


Z racji tego, że poruszam się rowerem objechałem go z zewnątrz. Robi ogromne wrażenie. Ponoć skremowane są tu zwłoki samego Juliusza Cezara. Legendy głoszą, że czarny marmur, który jest na terenie tego starożytnego placu to miejsce pochówku samego Romulusa, który zabił swojego brata - Remusa.

Na samym wejściu od strony Koloseum pięknie prezentuje się Łuk Tytusa. Ta wysoka na 15 metrów konstrukcja, wykonana z białego marmuru, jak wiele innych wspaniałych zabytków w Rzymie ma ponad 2000 lat.

Łuk triumfalny został prawdopodobnie wybudowany dla uczczenia zwycięstwa Tytusa wraz z Wespazjanem po wojnie z Żydami i zdobyciu Jerozolimy.
...mieści się niedaleko od wcześniej odwiedzonego łuku. Prowadzi do niego ślepa uliczka, na końcu której mieści się ten mały, obdarty z zewnątrz obiekt sakralny.

Wzniesiony w 1965 roku kościół klasztorny Franciszkanów, chociaż skromny z zewnątrz, co dla mnie ma swój rodzaj piękna, w środku zachwyca pięknym ołtarzem oraz obrazami mieszczącymi się na ścianach.

Poświęcam tu chwilę na krótką modlitwę i ruszam dalej.
Jadąc dalej po Rzymie podziwiam każdy zakątek. Nieśpiesznie mając za sobą Koloseum zbliżam się do kolejnego celu wycieczki.
Ten najpóźniej zbudowany w Rzymie plac. Zachwyca swoją ogromną powierzchnią oraz licznymi zabytkami mieszczącymi się na jego terenie.


Moją uwagę zwraca piękny Kościół Najświętszej Marii Panny z Loreto.

Znalazłem punkt widokowy wraz z legendą i dłuższą chwilę odszukiwałem poszczególne zabytki, porównując je z informacjami na tablicy. To bardzo ekscytujące odkrywać i poznawać Rzym.
Kolejnym, niedaleko mieszczącym się punktem wycieczki od Forum Trajana jest słynny Plac Wenecki. Niegdyś pałac, który widzicie poniżej na zdjęciu był rezydencją papieską.
Za czasów rządzenia Mussoliniego miejsce te było jego siedzibą. Miejsce warte zwiedzenia. Zadziwia swymi rozmiarami i pięknym wykończeniem.

Baaardzo dużo ludzi stoi przy pięknej fontannie i przebywa na schodach. Miejsce jest bardzo popularne. Na 137-stopniowe schody z rowerem się już nie pchałem i nacieszyłem oczy widokiem z dołu.


Ciekawostką jest fakt, że za siadanie na schodach można zabulić 400 euro ;D. Widziałem policjantów, którzy zakochanych w tym miejscu turystów chcących przysiąść na schodach i wykonać sobie kilka słit foci zganiali. Pewnie trzeba się postarać mocniej o ten mandat.
Nazwa mylnie była łączona z tym, że miejsce zostało ufundowane przez Hiszpanów. Tak naprawdę zostało sfinansowane przez Stefano Gueffiera - francuskiego dyplomatę.
Nazwa wzięła się od znajdującej się tu kiedyś ambasady hiszpańskiej.
Po wejściu Schodami Hiszpańskimi na górę trafimy na starszy od samych schodów kościół - Trinità dei Monti i obelisk Sallustiano.
Jadę ciekawą, licznie uczęszczaną ulicą wprost do kolejnego celu wycieczki. Postanawiam wyciągnąć telefon i nagrać dla Was ten krótki przejazd.
Piazza del Popolo przytłoczyło mnie swoim rozmachem – to plac o imponującej skali, który wywiera piorunujące wrażenie. Centralny punkt zajmuje tam majestatyczny, 24-metrowy egipski obelisk, wzniesiony przed wiekami przez samego Ramzesa. Świadomość, że ten kamienny świadek historii został sprowadzony do Rzymu już w 10 roku p.n.e., dodaje całemu miejscu niemal mistycznej aury.


Plac od strony południowej zamykają dwa bliźniacze kościoły. Są ogromne i robią na turystach wrażenie.

Od strony wschodniej, na wzniesieniu mieści się punkt widokowy - Terrazza del Pincio, z którego roztacza się przepiękny widok na plac i sporą część Rzymu.

Ruszam w dalszą drogę. Zjechałem nieco niżej, pod poziom miejskiej infrastruktury, prosto na nadbrzeże Tybru. To genialne rozwiązanie dla rowerzystów – prawdziwy, bezpieczny korytarz, który pozwala całkowicie odciąć się od ulicznego chaosu i bezstresowo przemierzać kolejne części miasta.
Ścieżka rowerowa, wijąca się wzdłuż nurtu rzeki, to dla cyklisty prawdziwy skarb. Pozwala ona sprawnie pokonać niemal cały Rzym – z północy na południe i z powrotem – z dala od hałasu i spalin, w całkowitym spokoju.
<Zamek Świętego Anioła to absolutna ikona Rzymu, miejsce, które przyciąga magnetyczną siłą. Jego potężne mury skrywają fascynującą, wielowiekową historię, która mogłaby posłużyć za scenariusz niejednego epickiego filmu.
Do twierdzy prowadzi zachwycający Most Świętego Anioła – prawdziwe barokowe arcydzieło, nad którym czuwają wykute w kamieniu, dostojne figury aniołów. Spacer po nim to niezwykle nastrojowe doświadczenie, które stanowi idealny wstęp do odkrywania wnętrza samej budowli.

Niegdyś Mauzoleum Hadriana to grobowiec cesarza Hadriana i jego rodziny. Obiekt ten zmieniał swoje funkcje w późniejszym czasie. Mauzoleum została przerobione na więzienie, a następnie na fortecę.

W końcu pod koniec VI wieku nadane zostało mu miano Zamku Świętego Anioła, aby upamiętnić niezwykłe wydarzenie, jakim było rzekome objawienie się Anioła nad zamkiem, jako znak zakończenia szerzącej się w tych czasach epidemii. Sądzono, że została sprowadzona na ludzi, jako gniew Boży.
Dziś mury te są otwarte dla zwiedzających jako fascynujące muzeum. To doskonała okazja, by zagłębić się w kolejne rozdziały historii tego miejsca i na własne oczy zobaczyć bezcenne przedmioty, które przetrwały wieki, by dziś opowiedzieć nam swoje sekrety.

Mój następny cel wycieczki widać już będąc pod wyżej wspomnianym Zamkiem Świętego Anioła. Do Placu Świętego Piotra prowadzi znana ulica - Via della Conciliazione.

Kończę kawę i już nie mogę doczekać się tego, co zaraz zobaczę. Prowadzę rower i już po chwili wchodzę na ten wyjątkowy plac.


To miejsce kojarzy chyba każdy, nawet jeśli nigdy nie postawił stopy w Wiecznym Mieście. W samym jego sercu wznosi się monumentalny, granitowy obelisk – prawdziwy świadek historii. Dumnie przyozdobiony papieskim herbem, stoi w chrześcijańskim centrum świata, choć jego korzenie sięgają znacznie dalej w przeszłość – pochodzi bowiem z samego serca starożytnego Egiptu!



Podczas wizyty w Watykanie Muzea Watykańskie to absolutny punkt obowiązkowy. Zgromadzono tam tak gigantyczną i bezcenną kolekcję sztuki klasycznej oraz renesansowej – z nieśmiertelnymi freskami Michała Anioła na czele – że po wyjściu czułem niemal fizyczny ból głowy od nadmiaru piękna. Przepych zdobionych sal, wszechobecne płótna, posągi i rzeźby przytłaczały swym majestatem, sprawiając, że od bogactwa detali i kunsztu artystów trudno było po prostu zebrać myśli.

Nie ma większego sensu, bym Wam wrzucał tu sto zdjęć z muzeum, a w szczególności z Kaplicy Sykstyńskiej, w której robienie fotografii jest zabronione ;-)

Robienie zdjęć w Kaplicy Sykstyńskiej zabronione jest ze względu na podpisaną umowę między Watykanem, a japońską telewizją. W zamian za kosztowny remont wykonany przez japońskiego nadawcę telewizyjnego, Japończycy mają monopol na robienie zdjęć kaplicy. Ciekawe ;-)

Watykan prezentuje się równie pięknie nocą. Pięknie oświetlony kolumny zamykające plac i sama Bazylika Świętego Piotra wprowadza mnie w niesamowity nastrój.


Powietrze jest przyjemnie ciepłe. Siadam w cieniu filaru, u podnóża monumentalnego obelisku, i w zupełnej ciszy chłonę atmosferę tego miejsca. Próbuję sobie wyobrazić, jak ten plac zmienia się, gdy wypełniają go tysiące pielgrzymów podczas papieskich audiencji – to musi być widok, który zapiera dech. Może kiedyś uda mi się go doświadczyć na własne oczy? Jedno wiem na pewno: do Rzymu wrócę, i to z wielką radością.
Moją uwagę przykuł również Pomnik Migrantów, który od kilku lat znajduje się nieopodal jednej z fontann. Został on uroczyście odsłonięty przez papieża Franciszka po mszy z okazji Światowego Dnia Migranta i Uchodźcy. Autorem tego poruszającego dzieła jest wybitny rzeźbiarz, Timothy Schmalz.
Rzeźba robi kolosalne wrażenie – precyzja wykonania i dbałość o najdrobniejszy detal sprawiają, że nie sposób przejść obok niej obojętnie; dzieło autentycznie chwyta za serce i skłania do głębokiej refleksji. Umieszczenie tak wymownego monumentu w samym sercu Watykanu to bez wątpienia ogromne wyróżnienie dla artysty i niezwykle ważny sygnał dla świata.


Kolejnego dnia postanowiłem wyruszyć na spotkanie z żywą historią – odwiedziłem najstarszą drogę świata! Świadomość, że pod moimi kołami znajdują się kamienie, po których przed ponad dwoma tysiącami lat maszerowały rzymskie legiony, była absolutnie oszałamiająca. To po prostu niesamowite uczucie!
Via Appia rozciąga się na ponad pięćset kilometrów, a ja miałem chrapkę, by choć fragment tej antycznej trasy pokonać na własnym rowerze. Oczywiście nie znajdziecie tu asfaltu – to autentyczny, nadszarpnięty zębem czasu bruk. Na szczęście, po wyłączeniu z ruchu kołowego, szlak stał się rajem dla pieszych i rowerzystów, którzy chętnie korzystają z wydeptanych ścieżek biegnących wzdłuż wiekowych kamiennych płyt.
Współczesny początek Via Appia wyznacza charakterystyczne rozwidlenie dróg, przy którym wznosi się słynny kościół Domine Quo Vadis. Choć większość zna go pod tą właśnie nazwą, oficjalnie to świątynia pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny in Palmis.


Kościół ten jest bardzo popularny wśród turystów ze względu na legendę. To tutaj miał objawić się uciekającemu z Rzymu świętemu Piotrowi sam Jezus Chrystus.
To tutaj padły słowa wypowiedziane przez świętego Piotra: „Quo vadis domine?”. Powstał tu kościół, w środku którego mieści się kamień (replika), z odciskami stóp Jezusa, które zostały po jego objawieniu w tym miejscu.
Wewnątrz kościoła mieści się polski akcent. Jest to marmurowa rzeźba z brązu przedstawiająca Henryka Sienkiewicza, utworzona na cześć otrzymania przez Sienkiewicza Literackiej Nagrody Nobla za Quo vadis: Powieść z czasów Nerona

Ruszyłem dalej. Początek drogi to brukowana droga. Trochę dalej pojawia się pierwsze atrakcja jakąś możecie zwiedzieć, jeśli macie trochę więcej czasu. Katakumby Świętego Kaliksta to starożytne tunele, będąc miejscem spoczynku pierwszych Chrześcijan. Wejście jest biletowane i można zwiedzać z przewodnikiem, również w języku polskim.

Nieco dalej możecie odwiedzić Katakumby świętego Sebastiana, który wraz z innymi ludźmi został pochowany w tych starożytnych katakumbach.
Droga jak widać nie należy do najprzyjemniejszych, ale o to właśnie chodzi nie? Liznąć historii i poczuć klimacik. Rosną tu jakieś dziwne rośliny, których nigdy wcześniej nie widziałem. Wzdłuż drogi mijam mury wilii i rezydencji. Chyba mieszkają tu jacyś bardzo zamożni ludzie.


Pełno tu historycznych pozostałości. Kamienne tablice, mury i wiele innych. Czuć, że czas stanął tu w miejscu. Nie ma tu w ogóle ludzi i jest totalna cisza.


Mijam ogromny obiekt, którym jest Mauzoleum Cecylii Metelli. Ta cylindryczny, beczkowaty obiekt miejscem pochówku córki Kwintusa Cecyliusza Metellusa i żony Marka Krassusa. No nie powiem. Z rozmachem. W średniowieczu obiekt ten został przerobiony na fortecę. Do środka można dostać się po zakupieniu biletu.


Regina Viarum (Królowa dróg) to inna nazwa tej mającej niegdyś ogromne znaczenie strategiczne drogi. Łączyła prowincje państwa rzymskiego. Przemierzały ją legiony, kupcy oraz posłańcy.

To wzdłuż niej w 71 roku p.n.e ukrzyżowano sześć tysięcy powstańców pod wodzą Spartakusa, po nieudanym powstaniu nad rzeką Silarus!
Udało mi się wreszcie zobaczyć prawdziwe akwedukty. Akwedukty Klaudiusza wybudowane w 71 r. zaopatrywały w wodę 20% Rzymu.

To wprost niepojęte, że te antyczne konstrukcje zdołały przetrwać próbę czasu i wciąż stoją, pozwalając nam na własne oczy podziwiać geniusz dawnych budowniczych. Patrzenie na nie to jak dotykanie samej historii, która mimo upływu wieków wciąż zdaje się tętnić życiem.
Byłem absolutnie oczarowany – to była lekcja historii, której nie zapomnę do końca życia. Z głową pełną wrażeń i nowej wiedzy, powoli skierowałem się z powrotem w stronę tętniącego życiem centrum.
Fontanna Di Trevi to jedna z najpopularniejszych atrakcji w Rzymie. Ludzie tłumnie tu przychodzą, rzucają monety do zbiornika fontanny.

Legenda głosi, że kto rzuci za siebie monetą do fontanny, jeszcze tu kiedyś powróci. Dwie monety mają zwiastować romans xD, a trzy - ślub. Wrzuciłem całą garść monet i niech się dzieje co chce ;-)
Plazza Navona to kolejny przepiękny plac z piękną Fontanną Maura i Fontanną del Neptuna, Obeliskiem Agonale i Kościółem Sant’Agnese in Agone, który dumnie tkwi nad (zdaniem wielu turystów) najpiękniejszą fontanna w Rzymie, czyli Fontanna Czterech Rzek.

Plac ten powstał w miejscu stadionu lekkoatletycznego. Źródła podają, że artyści Berninim i Borromin, którzy projektowali Fontannę Czterech Rzek oraz Kościół świętej Agnieszki nie darzyli się zbytnio sympatią, z czym ma być związana mina postaci na fontannie, których głowy odwracają się od fasady kościoła z grymasem na ustach.
Jestem w stanie uwierzyć, że tak właśnie było. Okrążam ten piękny plac podziwiając wszystkie piękne obiekty w nim zawarte, po czym jadę zwiedzać dalej.
Teatr Marcellusa w pierwszej kolejności kojarzy mi się z Koloseum. Był to starożytny teatr. W jednym momencie przedstawienie mogło podziwiać trzynaście tysięcy widzów!

Już za czasów panowania Cezara ten obiekt miał być zbudowany, jednak jego przedwczesna śmierć opóźniła budowę tego obiektu.

Niedaleko Teatru Marcellusa, przy Bazylice Santa Maria in Cosmedin mieści się popularny wśród turystów kamienny obiekt - Usta Prawdy. Ten marmurowy medalion z tajemniczo wyglądającą twarzą ma ponad 2000 lat! Nie wiadomo dokładnie, jakie było pochodzenie i zastosowanie tej rzeźby. Teorii jest kilka.
Nie jest tez jasne oblicze czyjego bóstwa zostało przedstawione na medalionie. Może to być grecki bóg Tryton, a może tytan Okeanos. Niektórzy wskazują na rzymskiego boga Jowisza. Niektórzy mają na myśli staroitalskiego boga płodności - Fauna. Może to być również oblicze rzymskiego boga złodziei i handlu - Merkurego.

Dzisiaj turyści robią zdjęcia wkładając palce dłoni do ust tej dziwnej brodatej twarzy. Legenda głosi, że osoba, której palce dłoni tkwiły w ustach tej kamiennej twarzy, a która składała fałszywe świadectwo, miałby być przez tę rzeźbę odgryzane! Cóż...Na to wygląda, że jeszcze pogram na pianinie ;-)
Legenda głosi, że Bazylika Matki Boskiej Śnieżnej powstała po tym jak papieżowi Liberiuszowi i rzymianinowi Janowi przyśniła się Maryja i powiedziała, że w miejscu, w którym w środku lata spadnie śnieg powstać ma kościół. Tak też się stało, gdy w sierpniu 352 roku spadł w tej okolicy śnieg, papież nakazał budowę w tym miejscu kościoła
Oglądam miły dla oka kościół siedząc przy fontannie, która jest tuż przed wejściem. Po jakimś czasie uciekam stąd dalej zwiedzać pozostałe punkty tej wycieczki.

Panteon to miejsce poświęcone rzymskim bogom i panującemu cesarzowi. Kilkaset lat później Panteon został przerobiony na kościół pod wezwaniem Świętej Marii Panny od Męczenników. Jak inne zabytkowe obiekty, ten też zmieniał swoje funkcje. W średniowieczu został zmieniony w fortecę.

Duża kolejka przed wejściem zniechęciła mnie do czekania. Może innym razem. Na pewno warto. Za to zgłodniałem.
To świetna okazja na prawdziwą włoską pizzę. Rozgościłem się przy stoliku włoskiej restauracji z najlepszy widokiem na Panteon. Piłem pyszną Caffè latte w oczekiwaniu na pizzę, napawając się tą chwilą i wyjątkowym miejscem, w którym jestem. Po niedługiej chwili na stoliku leżała przepyszna pizza ;-)

Bazylika św. Jana na Lateranie ta wspaniała, ogromna rezydencja przytłaczająca swą wielkością była rezydencją papieską przez wieki. Była pierwszym kościołem, który powstał w Rzymie. W ciągu wieków ulegała pożarom, trzęsieniom ziemi i grabieżom. Główna fasada tego gmachu robi ogromne wrażenie. Na jej szczycie mieści się piętnaście siedmiometrowych figur. Po środku nich stoi rzeźba Chrystusa.


Miejsce można zwiedzić wewnątrz, niestety choćbym chciał wszystkiego nie oblecę podczas tak krótkiego pobytu w Rzymie, ale to kolejna zachęta, by tu wrócić i nadrobić zaległości.
Podziwiałem jakiś czas bazylikę i całą okolicę, po czym wracam do hotelu. Jestem pozytywnie zmęczony zwiedzaniem.

Rzym całkowicie skradł moje serce. To była moja pierwsza wyprawa o tak dużym rozmachu do zagranicznej stolicy, co czyni ją jeszcze bardziej wyjątkowym doświadczeniem.
Cieszę się, że dane mi było zobaczyć tyle historycznych perełek na własne oczy. Rzym ma w sobie niepowtarzalny klimat – to miasto jest jedyne w swoim rodzaju i nie przypomina absolutnie żadnego, które do tej pory odwiedziłem.
Zafascynowała mnie też tutejsza mentalność i temperament mieszkańców. Podróże kształcą, a ta była dla mnie potężną dawką wiedzy i inspiracji, którą będę zgłębiał oraz weryfikował jeszcze długo po powrocie do domu.
Ten wpis dobiega końca, ale moja wyprawa nie – ruszyłem w głąb Włoch, kierując się prosto w stronę gór.
O mojej podróży do Pescosolido i dalszych przygodach możecie poczytać, klikając Tutaj