Poranek przywitał mnie wyjątkowo łaskawie – obudziłem się wyspany i, co ciekawe, wcale nie taki wygnieciony, choć kalimata, na której spałem, do najbardziej wygodnych nie należała. Kilkanaście minut zajęło mi złożenie namiotu i ogarnięcie obozowiska. To rytuał, który wchodzi w krew – ruchy stają się coraz bardziej automatyczne, a człowiek z minuty na minutę zaczyna czuć, że zbliża się kolejny ciekawy dzień w siodełku.
Pierwszym przystankiem była stacja benzynowa. Powód? Prozaiczny – w trasie uszkodził mi się kabel USB, przez co telefon zaczął odmawiać współpracy, a trudno dziś wyobrazić sobie podróż bez naładowanego telefonu. No i oczywiście śniadanie! Zwykle właśnie stacje benzynowe albo popularne „żabki” ratują rowerzystę w trasie. To tam można chwycić coś na ząb, uzupełnić zapasy i – co najważniejsze – wypić pierwszą kawę. Bez dobrej kawy dzień mógłby być stracony, a przecież szkoda by było zmarnować rowerową przygodę.
Kiedy już telefon dostał nowe życie, a ja swoją porcję kofeiny, ruszyłem w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego. Już na wjeździe widniała tablica informacyjna – wjazd jest płatny. Na szczęście ktoś pomyślał o rowerzystach i turystach: wystarczyło zeskanować kod QR, by w prosty sposób kupić bilet online. Koszt? Około 10 zł.
Poranek był przyjemny – obudziłem się wyspany i szybko złożyłem namiot, gotowy na kolejny dzień w trasie.
Pierwszy przystanek to stacja benzynowa – naładowałem telefon i zjadłem śniadanie, a przy okazji wypiłem pierwszą kawę dnia.
Potem ruszyłem w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie bilet rowerzysty można było łatwo kupić online za około 10 zł.
Sam przejazd przez serce parku był czystą przyjemnością. Od kilku lat mam słabość do tras prowadzących przez lasy – to zupełnie inny klimat niż jazda po otwartych przestrzeniach. Woliński Park Narodowy oferuje właśnie takie tereny: ubite, szerokie ścieżki, świetnie oznaczone i pełne spokoju. Po drodze minąłem zagrodę żubrów, ale było jeszcze zbyt wcześnie, żeby można było cokolwiek zobaczyć. Nie przeszkadzało mi to jednak – sama jazda dawała frajdę.
Celem tego odcinka była pierwsza tego dnia latarnia morska – Kikut. Ukryta głęboko w lesie, sprawia wrażenie trochę tajemniczej. Dojazd do niej nie należy do najłatwiejszych – ostatni fragment to strome podejście, bardziej przypominające schody niż drogę, więc rower trzeba było prowadzić. Ale taki trud zawsze smakuje lepiej, gdy na końcu czeka nagroda. Po drodze spotykałem sarny i dziki – przyroda dawała wyraźnie znać, że jestem tylko gościem na jej terenie.
Na miejscu okazało się, że wieża jest niedostępna do zwiedzania – wejście na górę jest niemożliwe. Ale nawet z poziomu ziemi ma swój urok. Obok stoi wiata, gdzie można chwilę odpocząć, zjeść kanapkę, napić się wody i po prostu nacieszyć ciszą. Co ważne, od latarni nie trzeba się cofać – ścieżka prowadzi dalej w głąb lasu, więc przygoda toczy się płynnie ku kolejnym atrakcjom.
Przejazd przez Woliński Park Narodowy był prawdziwą przyjemnością – szerokie, ubite ścieżki i spokój lasu tworzyły idealne warunki do jazdy.
Celem był latarnia morska Kikut, ukryta w lesie i trudna dojazdowo – ostatni fragment wymagał prowadzenia roweru. Po drodze spotykałem sarny i dziki, a natura przypominała, że jestem tylko gościem.
Wieża latarni była niedostępna, ale nawet z ziemi robiła wrażenie. Obok znajduje się wiata do odpoczynku, a ścieżka dalej prowadzi w głąb lasu, kontynuując przygodę.
W końcu, choć trochę żałując, opuściłem Woliński Park Narodowy i ruszyłem dalej trasą prowadzącą wzdłuż linii brzegowej. To odcinek, który zachwyca na każdym kroku. Dojścia do morza pojawiały się co chwilę – często były to klifowe zejścia, z których rozpościerały się widoki jak z pocztówek. Za każdym razem kusiło, żeby zsiąść z roweru, podejść bliżej i po prostu nacieszyć oczy bezkresnym horyzontem. Zdjęcia, które wrzucam poniżej, powstały właśnie w takich momentach.
Tego dnia pogoda sprzyjała jak rzadko kiedy – było ciepło, a wiatr wiał mi w plecy, co sprawiało, że jazda stawała się lekka i przyjemna. Co ciekawe, to samo zjawisko potęgowało fale, dzięki czemu morze wyglądało jeszcze bardziej majestatycznie. Patrząc z klifu na rozbijające się o brzeg fale, miałem wrażenie, że krajobraz gra w swoim własnym spektaklu – czasem spokojnym, czasem bardziej żywiołowym. Na plażach panowała cisza – widać było zaledwie pojedynczych spacerowiczów, dzięki czemu wszystko wydawało się jeszcze bardziej dzikie i naturalne.
Opuszczając Woliński Park Narodowy, ruszyłem wzdłuż linii brzegowej. Klifowe zejścia i widoki na morze zachwycały na każdym kroku.
Pogoda sprzyjała – ciepło i wiatr w plecy sprawiały, że jazda była lekka. Fale wyglądały majestatycznie, a plaże były prawie puste, co dodawało dzikiego klimatu.


Choć teoretycznie trzymałem się szlaku R10, to często wybierałem wariant bliżej brzegu, nawet jeśli oficjalna trasa prowadziła w głąb lądu. I muszę przyznać – to była świetna decyzja. Czasem warto zejść z wyznaczonego kursu, bo właśnie wtedy czeka na nas to, co najpiękniejsze. A ja się nie spieszyłem – ten dzień był po to, by chłonąć widoki i cieszyć się jazdą.
Zdjęcia, które możecie tutaj zobaczyć, pochodzą z okolic Łukęcina – miejsca, gdzie znajdziecie naprawdę urokliwe punkty widokowe. Warto je odwiedzić, nawet jeśli nie planuje się długiej rowerowej wyprawy.
Kolejnym ważnym punktem na trasie był Trzęsacz – miejscowość znana przede wszystkim z ruin kościoła św. Mikołaja. To chyba jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc polskiego wybrzeża. Dziś zostało z niego jedynie fragment ściany z okiennymi otworami, ale właśnie ta samotna, stojąca na klifie konstrukcja robi największe wrażenie. Widać, że miejsce cieszy się ogromnym zainteresowaniem – tłumy turystów i ciasne przejścia sprawiały, że ostatni fragment musiałem pokonać prowadząc rower.
Obok ruin znajduje się nowoczesny taras widokowy, który wychodzi prosto z klifu nad plażę. To świetny punkt, żeby spojrzeć na całość z innej perspektywy – zarówno na samotny kościół, jak i na szeroką linię brzegu. Typowo turystyczne miejsce, ale zdecydowanie warte odwiedzenia.
Dla mnie był to dobry moment na krótki postój – kilka łyków wody, chwila odpoczynku i już po chwili mogłem ruszyć dalej w stronę kolejnej latarni morskiej, która czekała na trasie tego dnia.
Mimo że trzymałem się szlaku R10, często wybierałem wariant bliżej brzegu, by lepiej chłonąć widoki i cieszyć się jazdą.
Urokliwe punkty widokowe w okolicach Łukęcina warto odwiedzić nawet przy krótszej wycieczce.
Trzęsacz z ruinami kościoła św. Mikołaja zrobił ogromne wrażenie – tłumy turystów zmusiły mnie do prowadzenia roweru na ostatnim odcinku.
Nowoczesny taras widokowy z klifu pozwala spojrzeć na kościół i szeroką linię brzegu. Po krótkim postoju ruszyłem dalej w stronę kolejnej latarni morskiej.


W końcu dotarłem do latarni morskiej w Niechorzu, miejsca, które ma dla mnie wyjątkową, sentymentalną wartość. To właśnie tutaj, blisko dwadzieścia lat temu, spędziłem całe wakacje, pracując nad morzem. Niechorze było też pierwszym miejscem, gdzie zobaczyłem prawdziwe morze i gdzie po raz pierwszy wspiąłem się na latarnię. Widok z jej szczytu na plażę i bezkres Bałtyku zapadł mi w pamięć na zawsze.
Szczególnie mocno pamiętam nocne światło latarni, które majestatycznie omiatało całą plażę, tworząc niepowtarzalny klimat – pełen tajemnicy i uroku. W tym roku nie udało mi się wejść na górę, bo przed wejściem ciągnęła się ogromna kolejka turystów, ale wróciły do mnie wspomnienia sprzed lat i to wystarczyło, by poczuć dawną atmosferę.
Przejeżdżając przez miejscowość, co chwilę przypominałem sobie miejsca z młodości – sklepy, które działały jeszcze wtedy, a ku mojemu zaskoczeniu istnieją nadal. Nawet stary salon gier i niewielki spożywczak wciąż przyjmują gości. Pamiętam też spacery do granicy z Pogorzelicą, gdzie znajduje się mały kanał – miejsce, które kiedyś było moim ulubionym celem wieczornych przechadzek.
Niechorze to miejscowość bardzo turystyczna, pełna życia, a dla mnie także ogromnego sentymentu. Nie spieszyłem się, przejeżdżając przez nią – chciałem chłonąć atmosferę i przywoływać obrazy sprzed lat. I muszę przyznać, że było to doświadczenie wyjątkowo przyjemne.
Za Pogorzelicą szlak prowadził mnie przez bardziej leśne tereny. Po drodze zauważyłem tablice informacyjne wskazujące na obecność jednostki wojskowej – być może to jeden z dawnych kompleksów, które kiedyś strzegły wybrzeża. Nawierzchnia była miejscami gorsza, wyłożona kostką, ale jadąc poboczem można było komfortowo kontynuować trasę.
Dotarłem do latarni morskiej w Niechorzu, miejsca pełnego wspomnień sprzed lat, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem morze i wspiąłem się na latarnię.
Nocne światło latarni tworzyło magiczny klimat, a w tym roku kolejka uniemożliwiła wejście, lecz wspomnienia były wystarczające.
Przejeżdżając przez Niechorze, przypominałem sobie miejsca z młodości – stare sklepy, salon gier i spacer do granicy z Pogorzelicą.
Nie spieszyłem się, chłonąc atmosferę miejscowości, a za Pogorzelicą szlak prowadził przez las i drogi poboczne przy jednostce wojskowej.
Dzień miałem wyjątkowo udany, a siły wciąż dopisywały, więc postanowiłem pokonać jeszcze około dziesięciu kilometrów i dotrzeć do kempingu w Grzybowie. Po drodze mijałem kolejne nadmorskie miejscowości, nie spiesząc się, delektując się spokojem i charakterem tego odcinka.
Dzień był udany, więc przejechałem jeszcze około 10 km do kempingu w Grzybowie, ciesząc się spokojem nadmorskiej trasy.
Na miejscu szybko znalazłem pole namiotowe. W porównaniu do poprzedniego kempingu to miejsce okazało się znacznie bardziej kameralne – mniej ludzi, więcej przestrzeni, a do tego wszystkie udogodnienia: ciepła woda pod prysznicem, możliwość swobodnego naładowania sprzętu w świetlicy i spokojna atmosfera. Od razu poczułem, że to miejsce bardziej mi odpowiada.
Dotarłem na kameralny kemping z mniejszą liczbą ludzi, więcej przestrzeni, ciepłą wodą pod prysznicem i możliwością ładowania sprzętu – idealne miejsce do odpoczynku.
Trzeci dzień mojej sierpniowej wyprawy, a zarazem finał całego tego fragmentu szlaku R-10, rozpocząłem w naprawdę świetnym nastroju i pełni sił. Noc na kempingu w Grzybowie była spokojna, więc obudziłem się wyspany i gotowy na ostatnie kilometry. Poranny rytuał nie mógł być prostszy – krótka wizyta na stacji benzynowej, szybka kawa w Żabce i proste śniadanie, które dodało energii.
Trzeci dzień wyprawy rozpocząłem w dobrym nastroju po spokojnej nocy na kempingu w Grzybowie. Poranny rytuał: stacja benzynowa, kawa i szybkie śniadanie dodały energii na ostatnie kilometry.
To taki mój sprawdzony sposób na rozpoczęcie dnia w trasie – chwila rutyny, która pozwala wejść w rytm podróży. Po tym wszystkim ruszyłem w stronę Kołobrzegu, gdzie czekała na mnie kolejna latarnia morska.
Po porannym rytuale ruszyłem w stronę Kołobrzegu, gdzie czekała kolejna latarnia morska.
Droga do miasta o tej porze była bardzo przyjemna. Wczesnym rankiem Kołobrzeg wydawał się jeszcze uśpiony, niemal pusty, wolny od tłumów turystów, które zwykle wypełniają deptaki i okolice portu. Dzięki temu mogłem bez przeszkód dojechać pod samą latarnię i w spokoju zrobić kilka zdjęć. To niezwykłe uczucie, kiedy tak znane i popularne miejsce można zobaczyć w ciszy, zanim obudzi się codzienny gwar.
Po krótkiej wizycie pod latarnią skierowałem się na falochron. To jedno z tych miejsc, które zawsze robią wrażenie – betonowa konstrukcja wysunięta w głąb morza pozwala spojrzeć na Bałtyk z innej perspektywy. Z jednej strony miałem widok na otwarte, bezkresne morze, z drugiej na molo oraz samą latarnię górującą nad portem. Chwilę tam zostałem, pozwalając sobie po prostu na obserwację fal i śpiew mew. To był taki moment zatrzymania – czasem podczas podróży warto zwolnić i po prostu nacieszyć oczy tym, co oferuje miejsce, zamiast od razu pędzić dalej.
Dalej za Kołobrzegiem prowadziła mnie ścieżka rowerowa wijąca się tuż nad samym morzem. Czasami biegła równo z linią plaży, innym razem wspinała się delikatnie wyżej, otwierając przede mną przepiękne panoramy Bałtyku. Jazda w takim otoczeniu była czystą przyjemnością – szum fal, morski wiatr i widok bezkresnej wody sprawiały, że kilometry mijały niemal niezauważalnie.
Po kilkunastu kilometrach dotarłem do niewielkiej, urokliwej miejscowości, w której czekała na mnie ostatnia tego dnia latarnia morska – latarnia w Gąskach. W przeciwieństwie do innych latarni, które wcześniej odwiedzałem, ta była niezwykle łatwo dostępna. Nie trzeba było wspinać się na wzgórza czy pokonywać długich podejść – stała dumnie w samym sercu miasteczka, jakby zapraszała każdego przechodnia. Zatrzymałem się na chwilę, by złapać oddech, sięgnąłem po słodką przekąskę i z nową energią ruszyłem w stronę Mielna – mojego ostatniego celu tej wyprawy.
To właśnie Mielno stało się symbolicznym zwieńczeniem mojej przygody na trasie R-10. Ten etap był brakującym elementem układanki, dzięki któremu mogłem wreszcie powiedzieć: „Przejechałem cały R-10!”. Sama miejscowość zrobiła na mnie wrażenie – tętniąca życiem, pełna turystów korzystających z pięknej pogody. Z punktu widokowego na plażę zobaczyłem morze ludzi – setki, jeśli nie tysiące – którzy odpoczywali, bawili się i cieszyli słońcem. To miejsce wyraźnie pokazywało, jak bardzo Bałtyk potrafi przyciągać i jak mocno wpisuje się w letni rytm Polaków.
Po krótkim spacerze i zakupie kilku drobnych pamiątek ruszyłem w stronę Kołobrzegu, skąd czekała mnie już prosta droga – bezpośredni pociąg do Gdańska. Tak zakończyłem swoją trzydniową przygodę, która stała się pięknym finałem mojej rowerowej podróży dookoła Bałtyku po polskiej stronie.
Wczesnym rankiem Kołobrzeg był spokojny i prawie pusty, co pozwoliło w ciszy zobaczyć latarnię i zrobić zdjęcia.
Na falochronie obserwowałem fale i mewy, ciesząc się chwilą zatrzymania i pięknymi widokami morza.
Ścieżka rowerowa nad morzem oferowała wspaniałe panoramy i przyjemną jazdę wśród szumu fal i wiatru.
W Gąskach łatwo dostępna latarnia morska była idealnym przystankiem, po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej w stronę Mielna.
Mielno stało się symbolicznym zakończeniem wyprawy R-10 – tętniące życiem miejsce z setkami turystów na plaży. Po krótkim spacerze ruszyłem w drogę powrotną do Kołobrzegu i pociągiem do Gdańska zakończyłem trzydniową przygodę.

Dzień czwarty wycieczki to tak naprawdę pierwszy dzień samodzielnej wyprawy – w praktyce była to pierwsza część mojego odkrywania Bałtyku w całości, bo, jak wspominałem wcześniej, odwiedzałem go kawałkami. Poza Mierzeją Wiślaną, to był pierwszy odcinek, na którym miałem okazję zwiedzać otwarte morze.
Z powodów logistycznych i czasowych podjąłem decyzję, że spróbuję wyruszyć mniej więcej z rejonu Koszalina, a dokładniej z Mielna, i stamtąd jechać jak najbardziej na wschód. Wycieczka odbyła się tydzień przed wakacjami – pociągiem dojechałem do Koszalina, a stamtąd ruszyłem do Mielna, gdzie rozpoczęła się właściwa trasa.
Choć pogoda była piękna i słoneczna przez trzy dni, niestety wiatr zrobił psikusa – odwrócił się o 180 stopni i przez cały czas wiał prosto w twarz, skutecznie spowalniając jazdę. Do tego jechałem z sakwami, co dodatkowo dawało się we znaki.
Kiedy wspominam te trzy dni od Mielna, mam mieszane uczucia. Z jednej strony było przepięknie – słońce, świeże powietrze, wszystko się udało i krajobrazy były niesamowite. Z drugiej jednak strony wiatr był bardzo męczący psychicznie. Trzeci dzień musiałem skrócić, bo po prostu nie dało się jechać ciągle z lodowatym wiatrem. Dodam jeszcze, że była druga połowa czerwca, a mimo to jechałem w czarnym polarze, długich spodniach i z kominem na szyi. To pokazuje, jak bardzo w różnych rejonach Polski pogoda może zaskakiwać, nawet w środku lata. Może to po prostu pech, nie wiem – nie bywam często nad otwartym morzem w czerwcu.
Czwarty dzień wycieczki był początkiem mojej samodzielnej wyprawy po Bałtyku od Mielna na wschód.
Pogoda była słoneczna, ale wiatr wiał prosto w twarz, a sakwy dodatkowo utrudniały jazdę.
Choć krajobrazy były przepiękne, lodowaty wiatr sprawił, że trzeci dzień musiałem skrócić, a mimo czerwca jechałem w ciepłych ubraniach.
Mimo tych niedogodności wycieczka dostarczyła mi wielu fantastycznych zdjęć i ogólnie jestem zadowolony, bo w końcu udało się wyrwać z Gdańska i zobaczyć otwarte morze.
Jadąc od Mielna, trzymałem się głównie blisko morza. Czasem jednak musiałem odbijać w głąb lądu, bo taka była wyznaczona ścieżka rowerowa. Te fragmenty, które wybrałem bliżej wybrzeża, prowadziły czasem bardziej leśnymi terenami, co też okazało się bardzo przyjemne.
Wycieczka mimo niedogodności dała wiele świetnych zdjęć i satysfakcję z wyjazdu nad otwarte morze.
Od Mielna jechałem głównie blisko brzegu, czasem przez lasy, co było bardzo przyjemne.
Po wyjeździe z Darłówka jechałem między jeziorem Kopań a morzem, co było naprawdę fajnym doświadczeniem. Na trasie R10 czasem zdarza się, że jeziora położone blisko wybrzeża można ominąć, przejeżdżając między nimi a morzem, a czasem trzeba je okrążyć. Już wcześniej wspominałem, że po wyjeździe z Mielna, które graniczy z jeziorem Jamną, można sobie zafundować taką przejażdżkę między jeziorem a morzem – trochę jak nad Zalewem Wiślanym. Natomiast np. przy jeziorze Bukowo trzeba je okrążyć od południa, bo ścieżka między jeziorem a morzem jest piesza i rowerem raczej się tam nie da przejechać.
Za Darłówkiem, mijając jezioro Kopań wzdłuż wybrzeża, dotarłem do Jarosławca. Ta miejscowość bardzo mi się spodobała – typowa nadmorska miejscowość, urocza i przyjemna. Latarnia morska znajduje się mniej więcej w środku miejscowości, otoczona drzewami, w bardzo ładnym miejscu. Zatrzymałem się tam na obiad, odpocząłem chwilę, po czym ruszyłem dalej w trasę.
Po Darłówku jechałem między jeziorem Kopań a morzem – fajna trasa. Niektóre jeziora trzeba omijać, inne można przejechać między nimi a morzem.
W Jarosławcu zatrzymałem się przy latarni morskiej na obiad i krótki odpoczynek, a potem ruszyłem dalej.
Pierwszą latarnią tego dnia, którą odwiedziłem, była latarnia morska w Darłowie, a dokładniej w Darłówku, który leży tuż przy samym morzu. To naprawdę urokliwe miejsce – widać, że turystycznie jest mocno rozwinięte. Latarnia stoi tuż nad wodą, przy falochronie, po którym sobie wjechałem – zdecydowanie warto tam podejść i chwilę się pokręcić, podziwiając widoki.
Zrobiłem kilka zdjęć, nacieszyłem oczy krajobrazem i ruszyłem dalej, trzymając się jak najbliżej wybrzeża. Kolejnym celem była latarnia morska w Jarosławcu.
Z końcem dzisiejszej wycieczki dotarłem do Ustki, gdzie wynająłem mały, przytulny pensjonat. Po zameldowaniu byłem już całkiem zmęczony – z jednej strony dał mi w kość silny wiatr, z drugiej zaś poranek zaczęty od podróży pociągiem, a następnie ponad 100 kilometrów do przejechania. Dlatego na miejsce dotarłem dopiero późnym popołudniem, ale mimo zmęczenia cieszyłem się, że udało się pokonać dzisiejszą trasę i dotrzeć do Ustki.
Pierwszą latarnią był Darłówko – urokliwe miejsce tuż przy morzu z latarnią nad wodą.
Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem w stronę latarni w Jarosławcu.
Na końcu dnia dotarłem do Ustki, wynająłem pensjonat i odpocząłem po ponad 100 km i silnym wietrze.
Drugi dzień mojej wyprawy nad Bałtyk zaczął się wyjątkowo dobrze – wstałem wyspany, a w pensjonacie czekało na mnie śniadanie, które od razu postawiło na nogi. Z okna widać było już promienie słońca, które nieśmiało przedzierały się przez firankę, a w tle słychać było charakterystyczny szum fal. To zawsze najlepszy dźwięk na poranek – przypomina, że morze jest tuż obok i że cały dzień stoi otworem.
Po posiłku ruszyłem w stronę falochronu, żeby przywitać się z miejscową latarnią morską. Ustecka latarnia to jedna z perełek polskiego wybrzeża – zbudowana z czerwonej cegły pod koniec XIX wieku, przez długi czas pełniła funkcję nie tylko przewodnika dla statków, ale też stacji pilotów. Jej sylwetka, stojąca tuż przy wejściu do portu, wygląda szczególnie pięknie o poranku, gdy promienie słońca odbijają się od cegieł i kontrastują z błękitem nieba. Co ciekawe, wieża ma dość nietypowy, ośmiokątny kształt, a kiedyś była bezpośrednio połączona z budynkiem stacji pilotów – dziś stanowi jedną z głównych atrakcji Ustki.
Drugi dzień zaczął się dobrze – śniadanie w pensjonacie i szum fal zbliżał mnie do morza.
Ruszając na falochron, zobaczyłem ustecką latarnię morską – ceglany, ośmiokątny budynek, pięknie oświetlony porannym słońcem, jedna z atrakcji Ustki.
Ustka sama w sobie ma niezwykły klimat – to nie tylko kurort, ale też miasto z bogatą historią. Dawniej była ważnym portem rybackim, a w czasach PRL-u jednym z popularniejszych ośrodków wypoczynkowych. Do dziś zachowało się tu sporo dawnej zabudowy – eleganckie wille, promenada i charakterystyczny most obrotowy nad kanałem portowym, który co godzinę się otwiera i zamyka, przepuszczając jednostki wypływające w morze. O poranku, kiedy spacerowiczów było jeszcze niewielu, mogłem spokojnie przejechać po falochronie, zatrzymać się przy latarni i nacieszyć się chwilą ciszy, zanim miasto w pełni się obudziło.
Po krótkim postoju ruszyłem dalej na wschód. Droga prowadziła przez gęste lasy, pachnące igliwiem i żywicą. Co kilka kilometrów mijałem zejścia na plażę albo niewielkie punkty widokowe. Każdy z nich kusił, żeby na chwilę się zatrzymać – raz zrobiłem zdjęcie, innym razem krótki filmik, który świetnie oddawał atmosferę miejsca. Słońce grzało, ale północny wiatr uparcie przypominał o sobie – chłodny i lodowaty, prosto w twarz. Zdjęcia robiło się z uśmiechem, ale zaraz potem polar musiał wracać na plecy, bo bez niego jazda była naprawdę trudna.
Po drodze minąłem jezioro Gardno, należące do Słowińskiego Parku Narodowego. To miejsce szczególne – jedno z największych jezior przybrzeżnych w Polsce, oddzielone od Bałtyku wąską mierzeją. Kiedyś Gardno było częścią morza, dziś stanowi raj dla ornitologów – można tu spotkać dziesiątki gatunków ptaków wodnych i błotnych, a przy odrobinie szczęścia nawet bielika.
Ustka to klimatyczne miasto z historią, promenadą i mostem obrotowym. Poranny falochron i latarnia były idealnym miejscem na ciszę przed miastem.
Droga dalej prowadziła przez pachnące igliwiem lasy z punktami widokowymi i zejściami na plażę – zdjęcia i krótkie filmiki oddawały atmosferę miejsca, choć północny wiatr dawał się we znaki.
Po drodze minąłem jezioro Gardno – jedno z największych przybrzeżnych jezior w Polsce, raj dla ptaków i ornitologów, a czasem można spotkać bielika.
Po kilku godzinach pedałowania dotarłem do latarni morskiej w Czołpinie. To jedna z najbardziej malowniczo położonych latarni na całym wybrzeżu. Zbudowano ją w drugiej połowie XIX wieku, a jej wyjątkowość polega na tym, że nie stoi tuż przy brzegu, jak większość, lecz na wysokiej wydmie, ponad 100 metrów nad poziomem morza. Dzięki temu jej światło widać było z ogromnej odległości i skutecznie ostrzegało statki o niebezpiecznych mieliznach w tej części Bałtyku.
Rower zostawiłem na dole – tuż obok stojaka pełnego innych jednośladów. Na wzgórze prowadziły długie schody, które same w sobie były małą wspinaczką. Ale warto było się zmęczyć, bo widok z góry zapierał dech w piersiach. Panorama obejmowała nie tylko bezkres morza, ale też jezioro Łebsko i słynne ruchome wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Z tej perspektywy najlepiej widać, jak niesamowite jest to miejsce – morze, jezioro i pustynny krajobraz wydm, które wciąż zmieniają swój kształt, zasypując lasy i odsłaniając nowe połacie piasku.
Dla mnie to był jeden z tych momentów, które zostają w pamięci na długo – kiedy trud pedałowania, wiatr w twarz i pot spływający z czoła nagle przestają mieć znaczenie, bo wszystko rekompensuje jeden obraz, który chcesz zatrzymać w głowie na zawsze.
Dotarłem do malowniczej latarni morskiej w Czołpinie na wysokiej wydmie, z widokiem na morze i jezioro Łebsko.
Na wzgórze prowadziły długie schody, ale panorama wynagradzała wysiłek – morze, jezioro i ruchome wydmy tworzyły niezapomniany krajobraz.
Ten widok pozostaje w pamięci – całe zmęczenie znika, gdy widzisz coś tak wyjątkowego.


Po zwiedzeniu latarni morskiej w Czołpinie przyszła pora na ostatni punkt tego dnia – Łebę, gdzie zaplanowałem nocleg. Teoretycznie trasa wyglądała na prostą: wystarczyło ominąć jezioro Łebsko od południa, bo pomiędzy nim a Bałtykiem przebiega niedostępny dla rowerów obszar ruchomych wydm, w tym słynnej Wydmy Łąckiej. Teren ten jest pod ścisłą ochroną i poruszanie się tam jednośladem byłoby nie tylko niemożliwe, ale i nielegalne. Pozostało więc obrać trasę naokoło.
Zwykle na swoich wyprawach nie trzymam się sztywno planu – często skręcam tam, gdzie droga wygląda ciekawiej albo krócej, nawet jeśli oznacza to zmianę pierwotnej koncepcji. Tak samo było i tym razem. Na rozwidleniu zobaczyłem tabliczkę: na wschód do Łeby 18 km, na wprost 25 km. Zmęczenie dawało się już we znaki, więc pomyślałem: „skrót to skrót – na pewno będzie szybciej”. To była decyzja, której długo nie zapomnę.
Początkowo wszystko wyglądało nieźle. Szlak pieszy, oznakowany, z drewnianymi kładkami przerzuconymi przez podmokły teren. Jeszcze dało się pedałować, choć ostrożnie. Ale im dalej, tym gorzej – kładki zaczęły się podnosić, jakby ktoś ułożył je stopniami, uniemożliwiając jazdę z sakwami. W końcu pojawiły się tylko luźno rzucone deski, które zamiast ułatwiać przejazd, stwarzały ryzyko, że wpadnę w bagno razem z rowerem.
A potem… deski skończyły się zupełnie. Przede mną rozciągała się wielka, brunatna kałuża kleistej wody, stojącej od wielu dni w bagnistym gruncie. Po bokach – ściana trzcin i pokrzyw, gęstych jak zasieki. Nie było możliwości obejścia, nie było alternatywy – byłem mniej więcej w połowie drogi, więc jedyną opcją było brnąć do przodu.


Ten moment zapamiętam na długo. Musiałem zanurzyć buty w ciepłym, gnijącym bagnie, a rower, oblepiony czarną mazią, prowadziłem resztkami sił. Koła grzęzły do połowy w błocie, a napęd kleił się od smrodu i mułu. Każdy krok był walką, a owady, które uwielbiają takie warunki, atakowały bez litości. W głowie miałem tylko jedną myśl: „oby to się wreszcie skończyło”.
Przypomniałem sobie wtedy tabliczkę informacyjną, którą mijałem na początku trasy. Ktoś sprayem dopisał tam hasło: „więcej desek!”. W pierwszej chwili pomyślałem, że to zwykły akt wandalizmu. Teraz natomiast z największą ochotą dopisałbym się pod tym hasłem swoim imieniem i nazwiskiem.
W praktyce skrót okazał się najdłuższą i najbardziej wyczerpującą częścią dnia. Zamiast zyskać czas, traciłem go z każdym kolejnym krokiem, prowadząc rower z prędkością jednego kilometra na godzinę. W końcu, gdy teren zrobił się twardszy, zobaczyłem kanał wodny – wąski, ale na tyle głęboki, by pomóc mi oczyścić rower. Trzymając go za kierownicę, zanurzyłem go prawie całego w wodzie i z ulgą patrzyłem, jak błoto powoli spływa z ramy i napędu.
Zmęczony, brudny i poobijany, ale jednak szczęśliwy, że udało mi się wydostać z tego błotnego labiryntu, ruszyłem w stronę Łeby. Tam czekał mnie już zasłużony odpoczynek – i świadomość, że każda podróż, nawet ta najtrudniejsza, zostawia po sobie historię wartą opowiedzenia.
Trzeci, a zarazem ostatni dzień tej wyprawy, był jednocześnie szóstym etapem mojej jazdy trasą R10. Ruszyłem z Łeby z poczuciem, że finał jest już blisko. Początkowo zakładałem, że uda mi się dojechać aż na Hel, a może nawet prosto do Gdańska przez Władysławowo. Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała plany – zimny i mocny wiatr, który towarzyszył mi od początku wyprawy, nie dawał większych szans na tak długi dystans. Musiałem więc zmodyfikować trasę, wybierając bardziej realistyczny cel. Jedno jednak wiedziałem na pewno – zanim skręcę na południe, chcę zobaczyć jeszcze jedną latarnię.
Ostatnim morskim „bastionem” tej podróży została Latarnia Morska Stilo. To wyjątkowa konstrukcja – metalowa wieża zbudowana na początku XX wieku, stojąca w środku lasu, na wysokiej wydmie, kilka kilometrów od brzegu. Wyróżnia się także kolorystyką: biało-czerwono-czarna, dzięki czemu łatwo ją rozpoznać z daleka. Sam dojazd do latarni również był wyjątkowy – kręta, leśna ścieżka prowadząca niemal pod samą wieżę była świetnym wyzwaniem i sprawiła mi dużo frajdy.
Ostatni dzień wyprawy to szósty etap trasy R10. Początkowo planowałem dojechać na Hel, ale silny wiatr zmienił plany.
Odwiedziłem Latarnie Morską Stilo – metalową, kolorową wieżę na wysokiej wydmie w lesie. Dojazd krętą ścieżką był wyzwaniem, ale sprawił mi frajdę.
Na miejscu czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka – GPS kompletnie oszalał. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną były odbywające się właśnie na Bałtyku ćwiczenia wojsk NATO, podczas których testowano działanie systemów w warunkach zakłóceń sygnału. Pomyślałem wtedy, że to przedsmak tego, jak wyglądałaby sytuacja podczas prawdziwego zagrożenia – i że faktycznie, Rosja w podobny sposób mogłaby paraliżować komunikację.
Zwiedzanie latarni okazało się bardzo przyjemne. Oprócz samego wejścia na górę, gdzie rozciągał się widok na bezkresny Bałtyk i zielone połacie lasu, na dwóch piętrach przygotowano wystawę lokalnych artystów. Obrazy inspirowane morzem, statkami i rybackim życiem idealnie wpasowywały się w klimat miejsca. Z tego, co zauważyłem, była tam nawet układanka-puzzle, a całość dodawała latarni nie tylko funkcji nawigacyjnej, ale też kulturalnej. Oczywiście, jak to zwykle bywa, wejście było biletowane – ale zdecydowanie warte ceny.
Na miejscu GPS szalał – prawdopodobnie z powodu wojskowych ćwiczeń NATO na Bałtyku, które zakłócały sygnał.
Zwiedzanie latarni było przyjemne: widok na morze i las, wystawa lokalnych artystów i puzzle. Wejście biletowane, ale warte ceny.
Po pożegnaniu się z Bałtykiem ruszyłem już na południe, w kierunku Lęborka, gdzie zaplanowałem zakończenie wyprawy. Pogoda sprzyjała – słońce świeciło, a im dalej od morza, tym wiatr stawał się łagodniejszy i bardziej przyjemny.
W Lęborku miałem trochę czasu, by rozejrzeć się po mieście. Trafiłem na ciekawy punkt widokowy – wieżę ciśnień przerobioną na taras, z którego rozciągał się widok na całe miasto. Po krótkiej przejażdżce i zwiedzaniu uznałem, że najlepsze, co mogę teraz zrobić, to po prostu usiąść, odpocząć i poczekać na pociąg. Gdy w końcu podjechał, bez problemu zapakowałem się z rowerem i wróciłem do Gdańska.
Tak zakończyła się ta część mojej bałtyckiej przygody. Z głową pełną obrazów – od usteckiej latarni, przez bagna Łebska, aż po Stilo i spokojny powrót do domu – wiem jedno: nad Bałtyk na pewno jeszcze wrócę.
Po pożegnaniu z Bałtykiem ruszyłem do Lęborka. Pogoda była słoneczna, a wiatr łagodniał im dalej od morza.
W Lęborku odwiedziłem punkt widokowy na wieży ciśnień, odpocząłem i wsiadłem w pociąg do Gdańska.
Ta część wyprawy zakończyła się z pięknymi wspomnieniami – od Ustki, przez Łebę i Stilo, aż po spokojny powrót do domu. Na pewno jeszcze wrócę nad Bałtyk.


Ta trzydniowa część wyprawy, prowadząca mniej więcej od środkowego wybrzeża w stronę Gdańska, była dla mnie ważną lekcją. Zrozumiałem, że jazda trasą wzdłuż morza to nie tylko kilometry do pokonania, ale przede wszystkim lasy, nierówne ścieżki, nadmorskie miejscowości pełne życia i niezliczone miejsca, w których aż chce się zatrzymać. W takich warunkach planowanie odcinków rzędu 100 km mija się z celem – bo zamiast chłonąć klimat, człowiek goni za dystansem.
Dziś wiem, że najlepszym rozwiązaniem są krótsze etapy – do 70 kilometrów dziennie. To w zupełności wystarcza, by spokojnie pedałować, zatrzymywać się na zdjęcia, wejść do latarni, posłuchać szumu fal i po prostu cieszyć się drogą. Bo w końcu taka wyprawa to nie wyścig – to podróż, której sens tkwi właśnie w obserwowaniu, odkrywaniu i smakowaniu chwili.
Dlatego tę trzydniową wyprawę uważam za coś więcej niż tylko kolejne kilometry na mapie – to było doświadczenie, które pozwoliło mi spojrzeć na własne podróże inaczej. Wolniej, spokojniej, ale za to o wiele pełniej.
Trzydniowa wyprawa od środkowego wybrzeża do Gdańska nauczyła mnie, że jazda wzdłuż morza to nie tylko kilometry, ale też lasy, nierówne ścieżki i urok nadmorskich miejscowości.
Najlepiej jeździć krótszymi etapami – do 70 km dziennie, by zatrzymywać się, podziwiać widoki i cieszyć chwilą. Wyprawa to nie wyścig, a doświadczenie pełne obserwacji i przyjemności z podróży.
To sprawiło, że spojrzałem na własne podróże inaczej – wolniej, spokojniej i pełniej.
Jak wspominałem wcześniej, trasa R10 to dla mnie nie tylko rowerowa przygoda i odkrywanie nadmorskich krajobrazów, ale też możliwość przeżywania jej na różne sposoby. Siódmy dzień był właśnie takim wyjątkowym dodatkiem – bo zamiast mojego klasycznego, „analogowego” roweru, wsiadłem na coś zupełnie innego. Skorzystałem z okazji i pożyczyłem od kolegi e-bike’a w pełnym zawieszeniu – maszynę, której katalogowa wartość oscyluje między 15 a 20 tysięcy złotych. Sprzęt z najwyższej półki, który od razu budzi respekt i ciekawość.
Siódmy dzień trasy R10 był wyjątkowy – zamiast zwykłego roweru, pożyczyłem od kolegi e-bike’a w pełnym zawieszeniu, sprzęt z najwyższej półki o wartości 15–20 tys. zł, który od razu wzbudzał respekt i ciekawość.

Dla mnie była to nowość, choć z rowerami elektrycznymi miałem już wcześniej epizody. Na Majorce przejeżdżałem górskie serpentyny właśnie na e-bike’u, podobnie w Kielcach, gdzie testowałem podobny model u mojego znajomego Mateusza. Ale tutaj, nad Bałtykiem, okazja przyszła jakby prosto z nieba – mogłem wreszcie domknąć brakujący fragment mojej wyprawy, którego nie udało się pokonać szóstego dnia.
Za punkt startowy wybrałem Gniewino – dokładnie parking przy Kaszubskim Oku, miejscu, które znałem już z wcześniejszej wycieczki. Stamtąd rozpościera się widok na elektrownię szczytowo-pompową nad Jeziorem Żarnowieckim, a okolica aż prosi się o jazdę po wymagających trasach. Idealne warunki, by sprawdzić możliwości e-bike’a i wycisnąć z tej przygody jak najwięcej.
Trasa, którą zaplanowałem, prowadziła po terenach trudnych – takich, na które zwykłym rowerem raczej bym się nie porwał. Ciasne leśne ścieżki, piasek, fragmenty wzdłuż samego morza – wszystko to, co stanowi wyzwanie i sprawia, że jazda staje się jeszcze ciekawsza. Dzięki wsparciu silnika mogłem pozwolić sobie na więcej, nie martwiąc się o dystans czy kondycję.
Choć wcześniej jeździłem na e-bike’ach w górach i Kielcach, nad Bałtykiem mogłem wreszcie dokończyć fragment wyprawy, którego nie udało się pokonać szóstego dnia. Startowałem z Gniewina przy Kaszubskim Oku, skąd widok na elektrownię i wymagające trasy idealnie nadawał się do testowania e-bike’a. Trasa prowadziła po trudnych terenach – leśnych ścieżkach, piasku i nad morzem – a dzięki wsparciu silnika mogłem pokonywać więcej bez martwienia się o kondycję.
Muszę przyznać, że zmiana charakteru jazdy i podróżowanie po zupełnie innej nawierzchni było fantastycznym urozmaiceniem. Jazda po grząskim piachu sprawiała ogromną frajdę – silnik e-bike’a bez problemu przedzierał się przez opory toczenia, a szerokie jak koła mojego auta opony dawały poczucie pełnej kontroli. Pełne zawieszenie dodawało zabawy przy podjazdach i zjazdach, a każda kolejna godzina mijała niemal niezauważalnie.
Po jednej przerwie na obiad, podczas której trochę naładowałem rower, dotarłem do Jastrzębiej Góry, a zaraz za nią do Rozewia, gdzie czekała na mnie latarnia morska. Rowerem podjechałem niemal pod samą wieżę, co samo w sobie było świetną zabawą. Następnie skierowałem się do Władysławowa, by domknąć brakujący fragment trasy i ruszyłem dalej w kierunku południowo-zachodnim, nad Jezioro Żarnowieckie. Chcąc nie chcąc, przypomniałem sobie dawną trasę rowerową po śladach kolejki wąskotorowej do Krokowej – łatwą asfaltową drogę, ale niezwykle malowniczą.
Zmiana stylu jazdy na e-bike’a i jazda po grząskim piachu była świetnym urozmaiceniem – silnik radził sobie z oporami, a pełne zawieszenie dawało frajdę na podjazdach i zjazdach. Po krótkim lunchu dotarłem do Jastrzębiej Góry i Rozewia, gdzie rowerem podjechałem niemal pod latarnię. Następnie ruszyłem w stronę Władysławowa i dalej nad Jezioro Żarnowieckie, przypominając sobie malowniczą trasę kolejki wąskotorowej do Krokowej.


Bateria powoli się kończyła i w końcu doświadczyłem całkowitego jej wyczerpania. Podjazd na ostatnie wzniesienie przy Jeziorze Żarnowieckim zmusił mnie do podprowadzenia roweru – bez wspomagania nie dało się podjechać. Dopiero na małej przerzutce, po minięciu góry, udało się jechać dalej. Ten dzień pokazał, że na jednym ładowaniu można przejechać około 100–110 km, choć jazda brzegiem morza na kilku kilometrach mocno nadwerężyła baterię.
Cały dzień minął w mgnieniu oka, pełen emocji, przygody i nowych wrażeń. Po ostatnich kilometrach pozostało już tylko spakować rower i wrócić do domu – z uśmiechem na twarzy i świadomością, że jazda e-bike’iem to zupełnie inny wymiar rowerowej przygody.
Bateria e-bike’a wyczerpała się przy podjeździe nad Jezioro Żarnowieckie, więc musiałem chwilę podprowadzić rower. Na jednym ładowaniu można przejechać około 100–110 km, choć jazda wzdłuż morza nadwerężyła baterię. Dzień minął szybko, pełen przygód, a po zakończeniu wycieczki wróciłem do domu z uśmiechem i nowym doświadczeniem rowerowej podróży.
Poranek przywitał mnie wyjątkowo łaskawie – obudziłem się wyspany i, co ciekawe, wcale nie taki wygnieciony, choć kalimata, na której spałem, do najbardziej wygodnych nie należała. Kilkanaście minut zajęło mi złożenie namiotu i ogarnięcie obozowiska. To rytuał, który wchodzi w krew – ruchy stają się coraz bardziej automatyczne, a człowiek z minuty na minutę zaczyna czuć, że zbliża się kolejny ciekawy dzień w siodełku.
Pierwszym przystankiem była stacja benzynowa. Powód? Prozaiczny – w trasie uszkodził mi się kabel USB, przez co telefon zaczął odmawiać współpracy, a trudno dziś wyobrazić sobie podróż bez naładowanego telefonu. No i oczywiście śniadanie! Zwykle właśnie stacje benzynowe albo popularne „żabki” ratują rowerzystę w trasie. To tam można chwycić coś na ząb, uzupełnić zapasy i – co najważniejsze – wypić pierwszą kawę. Bez dobrej kawy dzień mógłby być stracony, a przecież szkoda by było zmarnować rowerową przygodę.
Kiedy już telefon dostał nowe życie, a ja swoją porcję kofeiny, ruszyłem w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego. Już na wjeździe widniała tablica informacyjna – wjazd jest płatny. Na szczęście ktoś pomyślał o rowerzystach i turystach: wystarczyło zeskanować kod QR, by w prosty sposób kupić bilet online. Koszt? Około 10 zł.
Poranek był przyjemny – obudziłem się wyspany i szybko złożyłem namiot, gotowy na kolejny dzień w trasie.
Pierwszy przystanek to stacja benzynowa – naładowałem telefon i zjadłem śniadanie, a przy okazji wypiłem pierwszą kawę dnia.
Potem ruszyłem w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie bilet rowerzysty można było łatwo kupić online za około 10 zł.
Sam przejazd przez serce parku był czystą przyjemnością. Od kilku lat mam słabość do tras prowadzących przez lasy – to zupełnie inny klimat niż jazda po otwartych przestrzeniach. Woliński Park Narodowy oferuje właśnie takie tereny: ubite, szerokie ścieżki, świetnie oznaczone i pełne spokoju. Po drodze minąłem zagrodę żubrów, ale było jeszcze zbyt wcześnie, żeby można było cokolwiek zobaczyć. Nie przeszkadzało mi to jednak – sama jazda dawała frajdę.
Celem tego odcinka była pierwsza tego dnia latarnia morska – Kikut. Ukryta głęboko w lesie, sprawia wrażenie trochę tajemniczej. Dojazd do niej nie należy do najłatwiejszych – ostatni fragment to strome podejście, bardziej przypominające schody niż drogę, więc rower trzeba było prowadzić. Ale taki trud zawsze smakuje lepiej, gdy na końcu czeka nagroda. Po drodze spotykałem sarny i dziki – przyroda dawała wyraźnie znać, że jestem tylko gościem na jej terenie.
Na miejscu okazało się, że wieża jest niedostępna do zwiedzania – wejście na górę jest niemożliwe. Ale nawet z poziomu ziemi ma swój urok. Obok stoi wiata, gdzie można chwilę odpocząć, zjeść kanapkę, napić się wody i po prostu nacieszyć ciszą. Co ważne, od latarni nie trzeba się cofać – ścieżka prowadzi dalej w głąb lasu, więc przygoda toczy się płynnie ku kolejnym atrakcjom.
Przejazd przez Woliński Park Narodowy był prawdziwą przyjemnością – szerokie, ubite ścieżki i spokój lasu tworzyły idealne warunki do jazdy.
Celem był latarnia morska Kikut, ukryta w lesie i trudna dojazdowo – ostatni fragment wymagał prowadzenia roweru. Po drodze spotykałem sarny i dziki, a natura przypominała, że jestem tylko gościem.
Wieża latarni była niedostępna, ale nawet z ziemi robiła wrażenie. Obok znajduje się wiata do odpoczynku, a ścieżka dalej prowadzi w głąb lasu, kontynuując przygodę.
W końcu, choć trochę żałując, opuściłem Woliński Park Narodowy i ruszyłem dalej trasą prowadzącą wzdłuż linii brzegowej. To odcinek, który zachwyca na każdym kroku. Dojścia do morza pojawiały się co chwilę – często były to klifowe zejścia, z których rozpościerały się widoki jak z pocztówek. Za każdym razem kusiło, żeby zsiąść z roweru, podejść bliżej i po prostu nacieszyć oczy bezkresnym horyzontem. Zdjęcia, które wrzucam poniżej, powstały właśnie w takich momentach.
Tego dnia pogoda sprzyjała jak rzadko kiedy – było ciepło, a wiatr wiał mi w plecy, co sprawiało, że jazda stawała się lekka i przyjemna. Co ciekawe, to samo zjawisko potęgowało fale, dzięki czemu morze wyglądało jeszcze bardziej majestatycznie. Patrząc z klifu na rozbijające się o brzeg fale, miałem wrażenie, że krajobraz gra w swoim własnym spektaklu – czasem spokojnym, czasem bardziej żywiołowym. Na plażach panowała cisza – widać było zaledwie pojedynczych spacerowiczów, dzięki czemu wszystko wydawało się jeszcze bardziej dzikie i naturalne.
Opuszczając Woliński Park Narodowy, ruszyłem wzdłuż linii brzegowej. Klifowe zejścia i widoki na morze zachwycały na każdym kroku.
Pogoda sprzyjała – ciepło i wiatr w plecy sprawiały, że jazda była lekka. Fale wyglądały majestatycznie, a plaże były prawie puste, co dodawało dzikiego klimatu.


Choć teoretycznie trzymałem się szlaku R10, to często wybierałem wariant bliżej brzegu, nawet jeśli oficjalna trasa prowadziła w głąb lądu. I muszę przyznać – to była świetna decyzja. Czasem warto zejść z wyznaczonego kursu, bo właśnie wtedy czeka na nas to, co najpiękniejsze. A ja się nie spieszyłem – ten dzień był po to, by chłonąć widoki i cieszyć się jazdą.
Zdjęcia, które możecie tutaj zobaczyć, pochodzą z okolic Łukęcina – miejsca, gdzie znajdziecie naprawdę urokliwe punkty widokowe. Warto je odwiedzić, nawet jeśli nie planuje się długiej rowerowej wyprawy.
Kolejnym ważnym punktem na trasie był Trzęsacz – miejscowość znana przede wszystkim z ruin kościoła św. Mikołaja. To chyba jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc polskiego wybrzeża. Dziś zostało z niego jedynie fragment ściany z okiennymi otworami, ale właśnie ta samotna, stojąca na klifie konstrukcja robi największe wrażenie. Widać, że miejsce cieszy się ogromnym zainteresowaniem – tłumy turystów i ciasne przejścia sprawiały, że ostatni fragment musiałem pokonać prowadząc rower.
Obok ruin znajduje się nowoczesny taras widokowy, który wychodzi prosto z klifu nad plażę. To świetny punkt, żeby spojrzeć na całość z innej perspektywy – zarówno na samotny kościół, jak i na szeroką linię brzegu. Typowo turystyczne miejsce, ale zdecydowanie warte odwiedzenia.
Dla mnie był to dobry moment na krótki postój – kilka łyków wody, chwila odpoczynku i już po chwili mogłem ruszyć dalej w stronę kolejnej latarni morskiej, która czekała na trasie tego dnia.
Mimo że trzymałem się szlaku R10, często wybierałem wariant bliżej brzegu, by lepiej chłonąć widoki i cieszyć się jazdą.
Urokliwe punkty widokowe w okolicach Łukęcina warto odwiedzić nawet przy krótszej wycieczce.
Trzęsacz z ruinami kościoła św. Mikołaja zrobił ogromne wrażenie – tłumy turystów zmusiły mnie do prowadzenia roweru na ostatnim odcinku.
Nowoczesny taras widokowy z klifu pozwala spojrzeć na kościół i szeroką linię brzegu. Po krótkim postoju ruszyłem dalej w stronę kolejnej latarni morskiej.


W końcu dotarłem do latarni morskiej w Niechorzu, miejsca, które ma dla mnie wyjątkową, sentymentalną wartość. To właśnie tutaj, blisko dwadzieścia lat temu, spędziłem całe wakacje, pracując nad morzem. Niechorze było też pierwszym miejscem, gdzie zobaczyłem prawdziwe morze i gdzie po raz pierwszy wspiąłem się na latarnię. Widok z jej szczytu na plażę i bezkres Bałtyku zapadł mi w pamięć na zawsze.
Szczególnie mocno pamiętam nocne światło latarni, które majestatycznie omiatało całą plażę, tworząc niepowtarzalny klimat – pełen tajemnicy i uroku. W tym roku nie udało mi się wejść na górę, bo przed wejściem ciągnęła się ogromna kolejka turystów, ale wróciły do mnie wspomnienia sprzed lat i to wystarczyło, by poczuć dawną atmosferę.
Przejeżdżając przez miejscowość, co chwilę przypominałem sobie miejsca z młodości – sklepy, które działały jeszcze wtedy, a ku mojemu zaskoczeniu istnieją nadal. Nawet stary salon gier i niewielki spożywczak wciąż przyjmują gości. Pamiętam też spacery do granicy z Pogorzelicą, gdzie znajduje się mały kanał – miejsce, które kiedyś było moim ulubionym celem wieczornych przechadzek.
Niechorze to miejscowość bardzo turystyczna, pełna życia, a dla mnie także ogromnego sentymentu. Nie spieszyłem się, przejeżdżając przez nią – chciałem chłonąć atmosferę i przywoływać obrazy sprzed lat. I muszę przyznać, że było to doświadczenie wyjątkowo przyjemne.
Za Pogorzelicą szlak prowadził mnie przez bardziej leśne tereny. Po drodze zauważyłem tablice informacyjne wskazujące na obecność jednostki wojskowej – być może to jeden z dawnych kompleksów, które kiedyś strzegły wybrzeża. Nawierzchnia była miejscami gorsza, wyłożona kostką, ale jadąc poboczem można było komfortowo kontynuować trasę.
Dotarłem do latarni morskiej w Niechorzu, miejsca pełnego wspomnień sprzed lat, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem morze i wspiąłem się na latarnię.
Nocne światło latarni tworzyło magiczny klimat, a w tym roku kolejka uniemożliwiła wejście, lecz wspomnienia były wystarczające.
Przejeżdżając przez Niechorze, przypominałem sobie miejsca z młodości – stare sklepy, salon gier i spacer do granicy z Pogorzelicą.
Nie spieszyłem się, chłonąc atmosferę miejscowości, a za Pogorzelicą szlak prowadził przez las i drogi poboczne przy jednostce wojskowej.
Dzień miałem wyjątkowo udany, a siły wciąż dopisywały, więc postanowiłem pokonać jeszcze około dziesięciu kilometrów i dotrzeć do kempingu w Grzybowie. Po drodze mijałem kolejne nadmorskie miejscowości, nie spiesząc się, delektując się spokojem i charakterem tego odcinka.
Dzień był udany, więc przejechałem jeszcze około 10 km do kempingu w Grzybowie, ciesząc się spokojem nadmorskiej trasy.
Na miejscu szybko znalazłem pole namiotowe. W porównaniu do poprzedniego kempingu to miejsce okazało się znacznie bardziej kameralne – mniej ludzi, więcej przestrzeni, a do tego wszystkie udogodnienia: ciepła woda pod prysznicem, możliwość swobodnego naładowania sprzętu w świetlicy i spokojna atmosfera. Od razu poczułem, że to miejsce bardziej mi odpowiada.
Dotarłem na kameralny kemping z mniejszą liczbą ludzi, więcej przestrzeni, ciepłą wodą pod prysznicem i możliwością ładowania sprzętu – idealne miejsce do odpoczynku.
Trzeci dzień mojej sierpniowej wyprawy, a zarazem finał całego tego fragmentu szlaku R-10, rozpocząłem w naprawdę świetnym nastroju i pełni sił. Noc na kempingu w Grzybowie była spokojna, więc obudziłem się wyspany i gotowy na ostatnie kilometry. Poranny rytuał nie mógł być prostszy – krótka wizyta na stacji benzynowej, szybka kawa w Żabce i proste śniadanie, które dodało energii.
Trzeci dzień wyprawy rozpocząłem w dobrym nastroju po spokojnej nocy na kempingu w Grzybowie. Poranny rytuał: stacja benzynowa, kawa i szybkie śniadanie dodały energii na ostatnie kilometry.
To taki mój sprawdzony sposób na rozpoczęcie dnia w trasie – chwila rutyny, która pozwala wejść w rytm podróży. Po tym wszystkim ruszyłem w stronę Kołobrzegu, gdzie czekała na mnie kolejna latarnia morska.
Po porannym rytuale ruszyłem w stronę Kołobrzegu, gdzie czekała kolejna latarnia morska.
Droga do miasta o tej porze była bardzo przyjemna. Wczesnym rankiem Kołobrzeg wydawał się jeszcze uśpiony, niemal pusty, wolny od tłumów turystów, które zwykle wypełniają deptaki i okolice portu. Dzięki temu mogłem bez przeszkód dojechać pod samą latarnię i w spokoju zrobić kilka zdjęć. To niezwykłe uczucie, kiedy tak znane i popularne miejsce można zobaczyć w ciszy, zanim obudzi się codzienny gwar.
Po krótkiej wizycie pod latarnią skierowałem się na falochron. To jedno z tych miejsc, które zawsze robią wrażenie – betonowa konstrukcja wysunięta w głąb morza pozwala spojrzeć na Bałtyk z innej perspektywy. Z jednej strony miałem widok na otwarte, bezkresne morze, z drugiej na molo oraz samą latarnię górującą nad portem. Chwilę tam zostałem, pozwalając sobie po prostu na obserwację fal i śpiew mew. To był taki moment zatrzymania – czasem podczas podróży warto zwolnić i po prostu nacieszyć oczy tym, co oferuje miejsce, zamiast od razu pędzić dalej.
Dalej za Kołobrzegiem prowadziła mnie ścieżka rowerowa wijąca się tuż nad samym morzem. Czasami biegła równo z linią plaży, innym razem wspinała się delikatnie wyżej, otwierając przede mną przepiękne panoramy Bałtyku. Jazda w takim otoczeniu była czystą przyjemnością – szum fal, morski wiatr i widok bezkresnej wody sprawiały, że kilometry mijały niemal niezauważalnie.
Po kilkunastu kilometrach dotarłem do niewielkiej, urokliwej miejscowości, w której czekała na mnie ostatnia tego dnia latarnia morska – latarnia w Gąskach. W przeciwieństwie do innych latarni, które wcześniej odwiedzałem, ta była niezwykle łatwo dostępna. Nie trzeba było wspinać się na wzgórza czy pokonywać długich podejść – stała dumnie w samym sercu miasteczka, jakby zapraszała każdego przechodnia. Zatrzymałem się na chwilę, by złapać oddech, sięgnąłem po słodką przekąskę i z nową energią ruszyłem w stronę Mielna – mojego ostatniego celu tej wyprawy.
To właśnie Mielno stało się symbolicznym zwieńczeniem mojej przygody na trasie R-10. Ten etap był brakującym elementem układanki, dzięki któremu mogłem wreszcie powiedzieć: „Przejechałem cały R-10!”. Sama miejscowość zrobiła na mnie wrażenie – tętniąca życiem, pełna turystów korzystających z pięknej pogody. Z punktu widokowego na plażę zobaczyłem morze ludzi – setki, jeśli nie tysiące – którzy odpoczywali, bawili się i cieszyli słońcem. To miejsce wyraźnie pokazywało, jak bardzo Bałtyk potrafi przyciągać i jak mocno wpisuje się w letni rytm Polaków.
Po krótkim spacerze i zakupie kilku drobnych pamiątek ruszyłem w stronę Kołobrzegu, skąd czekała mnie już prosta droga – bezpośredni pociąg do Gdańska. Tak zakończyłem swoją trzydniową przygodę, która stała się pięknym finałem mojej rowerowej podróży dookoła Bałtyku po polskiej stronie.
Wczesnym rankiem Kołobrzeg był spokojny i prawie pusty, co pozwoliło w ciszy zobaczyć latarnię i zrobić zdjęcia.
Na falochronie obserwowałem fale i mewy, ciesząc się chwilą zatrzymania i pięknymi widokami morza.
Ścieżka rowerowa nad morzem oferowała wspaniałe panoramy i przyjemną jazdę wśród szumu fal i wiatru.
W Gąskach łatwo dostępna latarnia morska była idealnym przystankiem, po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej w stronę Mielna.
Mielno stało się symbolicznym zakończeniem wyprawy R-10 – tętniące życiem miejsce z setkami turystów na plaży. Po krótkim spacerze ruszyłem w drogę powrotną do Kołobrzegu i pociągiem do Gdańska zakończyłem trzydniową przygodę.

Dzień czwarty wycieczki to tak naprawdę pierwszy dzień samodzielnej wyprawy – w praktyce była to pierwsza część mojego odkrywania Bałtyku w całości, bo, jak wspominałem wcześniej, odwiedzałem go kawałkami. Poza Mierzeją Wiślaną, to był pierwszy odcinek, na którym miałem okazję zwiedzać otwarte morze.
Z powodów logistycznych i czasowych podjąłem decyzję, że spróbuję wyruszyć mniej więcej z rejonu Koszalina, a dokładniej z Mielna, i stamtąd jechać jak najbardziej na wschód. Wycieczka odbyła się tydzień przed wakacjami – pociągiem dojechałem do Koszalina, a stamtąd ruszyłem do Mielna, gdzie rozpoczęła się właściwa trasa.
Choć pogoda była piękna i słoneczna przez trzy dni, niestety wiatr zrobił psikusa – odwrócił się o 180 stopni i przez cały czas wiał prosto w twarz, skutecznie spowalniając jazdę. Do tego jechałem z sakwami, co dodatkowo dawało się we znaki.
Kiedy wspominam te trzy dni od Mielna, mam mieszane uczucia. Z jednej strony było przepięknie – słońce, świeże powietrze, wszystko się udało i krajobrazy były niesamowite. Z drugiej jednak strony wiatr był bardzo męczący psychicznie. Trzeci dzień musiałem skrócić, bo po prostu nie dało się jechać ciągle z lodowatym wiatrem. Dodam jeszcze, że była druga połowa czerwca, a mimo to jechałem w czarnym polarze, długich spodniach i z kominem na szyi. To pokazuje, jak bardzo w różnych rejonach Polski pogoda może zaskakiwać, nawet w środku lata. Może to po prostu pech, nie wiem – nie bywam często nad otwartym morzem w czerwcu.
Czwarty dzień wycieczki był początkiem mojej samodzielnej wyprawy po Bałtyku od Mielna na wschód.
Pogoda była słoneczna, ale wiatr wiał prosto w twarz, a sakwy dodatkowo utrudniały jazdę.
Choć krajobrazy były przepiękne, lodowaty wiatr sprawił, że trzeci dzień musiałem skrócić, a mimo czerwca jechałem w ciepłych ubraniach.
Mimo tych niedogodności wycieczka dostarczyła mi wielu fantastycznych zdjęć i ogólnie jestem zadowolony, bo w końcu udało się wyrwać z Gdańska i zobaczyć otwarte morze.
Jadąc od Mielna, trzymałem się głównie blisko morza. Czasem jednak musiałem odbijać w głąb lądu, bo taka była wyznaczona ścieżka rowerowa. Te fragmenty, które wybrałem bliżej wybrzeża, prowadziły czasem bardziej leśnymi terenami, co też okazało się bardzo przyjemne.
Wycieczka mimo niedogodności dała wiele świetnych zdjęć i satysfakcję z wyjazdu nad otwarte morze.
Od Mielna jechałem głównie blisko brzegu, czasem przez lasy, co było bardzo przyjemne.
Po wyjeździe z Darłówka jechałem między jeziorem Kopań a morzem, co było naprawdę fajnym doświadczeniem. Na trasie R10 czasem zdarza się, że jeziora położone blisko wybrzeża można ominąć, przejeżdżając między nimi a morzem, a czasem trzeba je okrążyć. Już wcześniej wspominałem, że po wyjeździe z Mielna, które graniczy z jeziorem Jamną, można sobie zafundować taką przejażdżkę między jeziorem a morzem – trochę jak nad Zalewem Wiślanym. Natomiast np. przy jeziorze Bukowo trzeba je okrążyć od południa, bo ścieżka między jeziorem a morzem jest piesza i rowerem raczej się tam nie da przejechać.
Za Darłówkiem, mijając jezioro Kopań wzdłuż wybrzeża, dotarłem do Jarosławca. Ta miejscowość bardzo mi się spodobała – typowa nadmorska miejscowość, urocza i przyjemna. Latarnia morska znajduje się mniej więcej w środku miejscowości, otoczona drzewami, w bardzo ładnym miejscu. Zatrzymałem się tam na obiad, odpocząłem chwilę, po czym ruszyłem dalej w trasę.
Po Darłówku jechałem między jeziorem Kopań a morzem – fajna trasa. Niektóre jeziora trzeba omijać, inne można przejechać między nimi a morzem.
W Jarosławcu zatrzymałem się przy latarni morskiej na obiad i krótki odpoczynek, a potem ruszyłem dalej.
Pierwszą latarnią tego dnia, którą odwiedziłem, była latarnia morska w Darłowie, a dokładniej w Darłówku, który leży tuż przy samym morzu. To naprawdę urokliwe miejsce – widać, że turystycznie jest mocno rozwinięte. Latarnia stoi tuż nad wodą, przy falochronie, po którym sobie wjechałem – zdecydowanie warto tam podejść i chwilę się pokręcić, podziwiając widoki.
Zrobiłem kilka zdjęć, nacieszyłem oczy krajobrazem i ruszyłem dalej, trzymając się jak najbliżej wybrzeża. Kolejnym celem była latarnia morska w Jarosławcu.
Z końcem dzisiejszej wycieczki dotarłem do Ustki, gdzie wynająłem mały, przytulny pensjonat. Po zameldowaniu byłem już całkiem zmęczony – z jednej strony dał mi w kość silny wiatr, z drugiej zaś poranek zaczęty od podróży pociągiem, a następnie ponad 100 kilometrów do przejechania. Dlatego na miejsce dotarłem dopiero późnym popołudniem, ale mimo zmęczenia cieszyłem się, że udało się pokonać dzisiejszą trasę i dotrzeć do Ustki.
Pierwszą latarnią był Darłówko – urokliwe miejsce tuż przy morzu z latarnią nad wodą.
Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem w stronę latarni w Jarosławcu.
Na końcu dnia dotarłem do Ustki, wynająłem pensjonat i odpocząłem po ponad 100 km i silnym wietrze.
Drugi dzień mojej wyprawy nad Bałtyk zaczął się wyjątkowo dobrze – wstałem wyspany, a w pensjonacie czekało na mnie śniadanie, które od razu postawiło na nogi. Z okna widać było już promienie słońca, które nieśmiało przedzierały się przez firankę, a w tle słychać było charakterystyczny szum fal. To zawsze najlepszy dźwięk na poranek – przypomina, że morze jest tuż obok i że cały dzień stoi otworem.
Po posiłku ruszyłem w stronę falochronu, żeby przywitać się z miejscową latarnią morską. Ustecka latarnia to jedna z perełek polskiego wybrzeża – zbudowana z czerwonej cegły pod koniec XIX wieku, przez długi czas pełniła funkcję nie tylko przewodnika dla statków, ale też stacji pilotów. Jej sylwetka, stojąca tuż przy wejściu do portu, wygląda szczególnie pięknie o poranku, gdy promienie słońca odbijają się od cegieł i kontrastują z błękitem nieba. Co ciekawe, wieża ma dość nietypowy, ośmiokątny kształt, a kiedyś była bezpośrednio połączona z budynkiem stacji pilotów – dziś stanowi jedną z głównych atrakcji Ustki.
Drugi dzień zaczął się dobrze – śniadanie w pensjonacie i szum fal zbliżał mnie do morza.
Ruszając na falochron, zobaczyłem ustecką latarnię morską – ceglany, ośmiokątny budynek, pięknie oświetlony porannym słońcem, jedna z atrakcji Ustki.
Ustka sama w sobie ma niezwykły klimat – to nie tylko kurort, ale też miasto z bogatą historią. Dawniej była ważnym portem rybackim, a w czasach PRL-u jednym z popularniejszych ośrodków wypoczynkowych. Do dziś zachowało się tu sporo dawnej zabudowy – eleganckie wille, promenada i charakterystyczny most obrotowy nad kanałem portowym, który co godzinę się otwiera i zamyka, przepuszczając jednostki wypływające w morze. O poranku, kiedy spacerowiczów było jeszcze niewielu, mogłem spokojnie przejechać po falochronie, zatrzymać się przy latarni i nacieszyć się chwilą ciszy, zanim miasto w pełni się obudziło.
Po krótkim postoju ruszyłem dalej na wschód. Droga prowadziła przez gęste lasy, pachnące igliwiem i żywicą. Co kilka kilometrów mijałem zejścia na plażę albo niewielkie punkty widokowe. Każdy z nich kusił, żeby na chwilę się zatrzymać – raz zrobiłem zdjęcie, innym razem krótki filmik, który świetnie oddawał atmosferę miejsca. Słońce grzało, ale północny wiatr uparcie przypominał o sobie – chłodny i lodowaty, prosto w twarz. Zdjęcia robiło się z uśmiechem, ale zaraz potem polar musiał wracać na plecy, bo bez niego jazda była naprawdę trudna.
Po drodze minąłem jezioro Gardno, należące do Słowińskiego Parku Narodowego. To miejsce szczególne – jedno z największych jezior przybrzeżnych w Polsce, oddzielone od Bałtyku wąską mierzeją. Kiedyś Gardno było częścią morza, dziś stanowi raj dla ornitologów – można tu spotkać dziesiątki gatunków ptaków wodnych i błotnych, a przy odrobinie szczęścia nawet bielika.
Ustka to klimatyczne miasto z historią, promenadą i mostem obrotowym. Poranny falochron i latarnia były idealnym miejscem na ciszę przed miastem.
Droga dalej prowadziła przez pachnące igliwiem lasy z punktami widokowymi i zejściami na plażę – zdjęcia i krótkie filmiki oddawały atmosferę miejsca, choć północny wiatr dawał się we znaki.
Po drodze minąłem jezioro Gardno – jedno z największych przybrzeżnych jezior w Polsce, raj dla ptaków i ornitologów, a czasem można spotkać bielika.
Po kilku godzinach pedałowania dotarłem do latarni morskiej w Czołpinie. To jedna z najbardziej malowniczo położonych latarni na całym wybrzeżu. Zbudowano ją w drugiej połowie XIX wieku, a jej wyjątkowość polega na tym, że nie stoi tuż przy brzegu, jak większość, lecz na wysokiej wydmie, ponad 100 metrów nad poziomem morza. Dzięki temu jej światło widać było z ogromnej odległości i skutecznie ostrzegało statki o niebezpiecznych mieliznach w tej części Bałtyku.
Rower zostawiłem na dole – tuż obok stojaka pełnego innych jednośladów. Na wzgórze prowadziły długie schody, które same w sobie były małą wspinaczką. Ale warto było się zmęczyć, bo widok z góry zapierał dech w piersiach. Panorama obejmowała nie tylko bezkres morza, ale też jezioro Łebsko i słynne ruchome wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Z tej perspektywy najlepiej widać, jak niesamowite jest to miejsce – morze, jezioro i pustynny krajobraz wydm, które wciąż zmieniają swój kształt, zasypując lasy i odsłaniając nowe połacie piasku.
Dla mnie to był jeden z tych momentów, które zostają w pamięci na długo – kiedy trud pedałowania, wiatr w twarz i pot spływający z czoła nagle przestają mieć znaczenie, bo wszystko rekompensuje jeden obraz, który chcesz zatrzymać w głowie na zawsze.
Dotarłem do malowniczej latarni morskiej w Czołpinie na wysokiej wydmie, z widokiem na morze i jezioro Łebsko.
Na wzgórze prowadziły długie schody, ale panorama wynagradzała wysiłek – morze, jezioro i ruchome wydmy tworzyły niezapomniany krajobraz.
Ten widok pozostaje w pamięci – całe zmęczenie znika, gdy widzisz coś tak wyjątkowego.


Po zwiedzeniu latarni morskiej w Czołpinie przyszła pora na ostatni punkt tego dnia – Łebę, gdzie zaplanowałem nocleg. Teoretycznie trasa wyglądała na prostą: wystarczyło ominąć jezioro Łebsko od południa, bo pomiędzy nim a Bałtykiem przebiega niedostępny dla rowerów obszar ruchomych wydm, w tym słynnej Wydmy Łąckiej. Teren ten jest pod ścisłą ochroną i poruszanie się tam jednośladem byłoby nie tylko niemożliwe, ale i nielegalne. Pozostało więc obrać trasę naokoło.
Zwykle na swoich wyprawach nie trzymam się sztywno planu – często skręcam tam, gdzie droga wygląda ciekawiej albo krócej, nawet jeśli oznacza to zmianę pierwotnej koncepcji. Tak samo było i tym razem. Na rozwidleniu zobaczyłem tabliczkę: na wschód do Łeby 18 km, na wprost 25 km. Zmęczenie dawało się już we znaki, więc pomyślałem: „skrót to skrót – na pewno będzie szybciej”. To była decyzja, której długo nie zapomnę.
Początkowo wszystko wyglądało nieźle. Szlak pieszy, oznakowany, z drewnianymi kładkami przerzuconymi przez podmokły teren. Jeszcze dało się pedałować, choć ostrożnie. Ale im dalej, tym gorzej – kładki zaczęły się podnosić, jakby ktoś ułożył je stopniami, uniemożliwiając jazdę z sakwami. W końcu pojawiły się tylko luźno rzucone deski, które zamiast ułatwiać przejazd, stwarzały ryzyko, że wpadnę w bagno razem z rowerem.
A potem… deski skończyły się zupełnie. Przede mną rozciągała się wielka, brunatna kałuża kleistej wody, stojącej od wielu dni w bagnistym gruncie. Po bokach – ściana trzcin i pokrzyw, gęstych jak zasieki. Nie było możliwości obejścia, nie było alternatywy – byłem mniej więcej w połowie drogi, więc jedyną opcją było brnąć do przodu.


Ten moment zapamiętam na długo. Musiałem zanurzyć buty w ciepłym, gnijącym bagnie, a rower, oblepiony czarną mazią, prowadziłem resztkami sił. Koła grzęzły do połowy w błocie, a napęd kleił się od smrodu i mułu. Każdy krok był walką, a owady, które uwielbiają takie warunki, atakowały bez litości. W głowie miałem tylko jedną myśl: „oby to się wreszcie skończyło”.
Przypomniałem sobie wtedy tabliczkę informacyjną, którą mijałem na początku trasy. Ktoś sprayem dopisał tam hasło: „więcej desek!”. W pierwszej chwili pomyślałem, że to zwykły akt wandalizmu. Teraz natomiast z największą ochotą dopisałbym się pod tym hasłem swoim imieniem i nazwiskiem.
W praktyce skrót okazał się najdłuższą i najbardziej wyczerpującą częścią dnia. Zamiast zyskać czas, traciłem go z każdym kolejnym krokiem, prowadząc rower z prędkością jednego kilometra na godzinę. W końcu, gdy teren zrobił się twardszy, zobaczyłem kanał wodny – wąski, ale na tyle głęboki, by pomóc mi oczyścić rower. Trzymając go za kierownicę, zanurzyłem go prawie całego w wodzie i z ulgą patrzyłem, jak błoto powoli spływa z ramy i napędu.
Zmęczony, brudny i poobijany, ale jednak szczęśliwy, że udało mi się wydostać z tego błotnego labiryntu, ruszyłem w stronę Łeby. Tam czekał mnie już zasłużony odpoczynek – i świadomość, że każda podróż, nawet ta najtrudniejsza, zostawia po sobie historię wartą opowiedzenia.
Trzeci, a zarazem ostatni dzień tej wyprawy, był jednocześnie szóstym etapem mojej jazdy trasą R10. Ruszyłem z Łeby z poczuciem, że finał jest już blisko. Początkowo zakładałem, że uda mi się dojechać aż na Hel, a może nawet prosto do Gdańska przez Władysławowo. Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała plany – zimny i mocny wiatr, który towarzyszył mi od początku wyprawy, nie dawał większych szans na tak długi dystans. Musiałem więc zmodyfikować trasę, wybierając bardziej realistyczny cel. Jedno jednak wiedziałem na pewno – zanim skręcę na południe, chcę zobaczyć jeszcze jedną latarnię.
Ostatnim morskim „bastionem” tej podróży została Latarnia Morska Stilo. To wyjątkowa konstrukcja – metalowa wieża zbudowana na początku XX wieku, stojąca w środku lasu, na wysokiej wydmie, kilka kilometrów od brzegu. Wyróżnia się także kolorystyką: biało-czerwono-czarna, dzięki czemu łatwo ją rozpoznać z daleka. Sam dojazd do latarni również był wyjątkowy – kręta, leśna ścieżka prowadząca niemal pod samą wieżę była świetnym wyzwaniem i sprawiła mi dużo frajdy.
Ostatni dzień wyprawy to szósty etap trasy R10. Początkowo planowałem dojechać na Hel, ale silny wiatr zmienił plany.
Odwiedziłem Latarnie Morską Stilo – metalową, kolorową wieżę na wysokiej wydmie w lesie. Dojazd krętą ścieżką był wyzwaniem, ale sprawił mi frajdę.
Na miejscu czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka – GPS kompletnie oszalał. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną były odbywające się właśnie na Bałtyku ćwiczenia wojsk NATO, podczas których testowano działanie systemów w warunkach zakłóceń sygnału. Pomyślałem wtedy, że to przedsmak tego, jak wyglądałaby sytuacja podczas prawdziwego zagrożenia – i że faktycznie, Rosja w podobny sposób mogłaby paraliżować komunikację.
Zwiedzanie latarni okazało się bardzo przyjemne. Oprócz samego wejścia na górę, gdzie rozciągał się widok na bezkresny Bałtyk i zielone połacie lasu, na dwóch piętrach przygotowano wystawę lokalnych artystów. Obrazy inspirowane morzem, statkami i rybackim życiem idealnie wpasowywały się w klimat miejsca. Z tego, co zauważyłem, była tam nawet układanka-puzzle, a całość dodawała latarni nie tylko funkcji nawigacyjnej, ale też kulturalnej. Oczywiście, jak to zwykle bywa, wejście było biletowane – ale zdecydowanie warte ceny.
Na miejscu GPS szalał – prawdopodobnie z powodu wojskowych ćwiczeń NATO na Bałtyku, które zakłócały sygnał.
Zwiedzanie latarni było przyjemne: widok na morze i las, wystawa lokalnych artystów i puzzle. Wejście biletowane, ale warte ceny.
Po pożegnaniu się z Bałtykiem ruszyłem już na południe, w kierunku Lęborka, gdzie zaplanowałem zakończenie wyprawy. Pogoda sprzyjała – słońce świeciło, a im dalej od morza, tym wiatr stawał się łagodniejszy i bardziej przyjemny.
W Lęborku miałem trochę czasu, by rozejrzeć się po mieście. Trafiłem na ciekawy punkt widokowy – wieżę ciśnień przerobioną na taras, z którego rozciągał się widok na całe miasto. Po krótkiej przejażdżce i zwiedzaniu uznałem, że najlepsze, co mogę teraz zrobić, to po prostu usiąść, odpocząć i poczekać na pociąg. Gdy w końcu podjechał, bez problemu zapakowałem się z rowerem i wróciłem do Gdańska.
Tak zakończyła się ta część mojej bałtyckiej przygody. Z głową pełną obrazów – od usteckiej latarni, przez bagna Łebska, aż po Stilo i spokojny powrót do domu – wiem jedno: nad Bałtyk na pewno jeszcze wrócę.
Po pożegnaniu z Bałtykiem ruszyłem do Lęborka. Pogoda była słoneczna, a wiatr łagodniał im dalej od morza.
W Lęborku odwiedziłem punkt widokowy na wieży ciśnień, odpocząłem i wsiadłem w pociąg do Gdańska.
Ta część wyprawy zakończyła się z pięknymi wspomnieniami – od Ustki, przez Łebę i Stilo, aż po spokojny powrót do domu. Na pewno jeszcze wrócę nad Bałtyk.


Ta trzydniowa część wyprawy, prowadząca mniej więcej od środkowego wybrzeża w stronę Gdańska, była dla mnie ważną lekcją. Zrozumiałem, że jazda trasą wzdłuż morza to nie tylko kilometry do pokonania, ale przede wszystkim lasy, nierówne ścieżki, nadmorskie miejscowości pełne życia i niezliczone miejsca, w których aż chce się zatrzymać. W takich warunkach planowanie odcinków rzędu 100 km mija się z celem – bo zamiast chłonąć klimat, człowiek goni za dystansem.
Dziś wiem, że najlepszym rozwiązaniem są krótsze etapy – do 70 kilometrów dziennie. To w zupełności wystarcza, by spokojnie pedałować, zatrzymywać się na zdjęcia, wejść do latarni, posłuchać szumu fal i po prostu cieszyć się drogą. Bo w końcu taka wyprawa to nie wyścig – to podróż, której sens tkwi właśnie w obserwowaniu, odkrywaniu i smakowaniu chwili.
Dlatego tę trzydniową wyprawę uważam za coś więcej niż tylko kolejne kilometry na mapie – to było doświadczenie, które pozwoliło mi spojrzeć na własne podróże inaczej. Wolniej, spokojniej, ale za to o wiele pełniej.
Trzydniowa wyprawa od środkowego wybrzeża do Gdańska nauczyła mnie, że jazda wzdłuż morza to nie tylko kilometry, ale też lasy, nierówne ścieżki i urok nadmorskich miejscowości.
Najlepiej jeździć krótszymi etapami – do 70 km dziennie, by zatrzymywać się, podziwiać widoki i cieszyć chwilą. Wyprawa to nie wyścig, a doświadczenie pełne obserwacji i przyjemności z podróży.
To sprawiło, że spojrzałem na własne podróże inaczej – wolniej, spokojniej i pełniej.
Jak wspominałem wcześniej, trasa R10 to dla mnie nie tylko rowerowa przygoda i odkrywanie nadmorskich krajobrazów, ale też możliwość przeżywania jej na różne sposoby. Siódmy dzień był właśnie takim wyjątkowym dodatkiem – bo zamiast mojego klasycznego, „analogowego” roweru, wsiadłem na coś zupełnie innego. Skorzystałem z okazji i pożyczyłem od kolegi e-bike’a w pełnym zawieszeniu – maszynę, której katalogowa wartość oscyluje między 15 a 20 tysięcy złotych. Sprzęt z najwyższej półki, który od razu budzi respekt i ciekawość.
Siódmy dzień trasy R10 był wyjątkowy – zamiast zwykłego roweru, pożyczyłem od kolegi e-bike’a w pełnym zawieszeniu, sprzęt z najwyższej półki o wartości 15–20 tys. zł, który od razu wzbudzał respekt i ciekawość.

Dla mnie była to nowość, choć z rowerami elektrycznymi miałem już wcześniej epizody. Na Majorce przejeżdżałem górskie serpentyny właśnie na e-bike’u, podobnie w Kielcach, gdzie testowałem podobny model u mojego znajomego Mateusza. Ale tutaj, nad Bałtykiem, okazja przyszła jakby prosto z nieba – mogłem wreszcie domknąć brakujący fragment mojej wyprawy, którego nie udało się pokonać szóstego dnia.
Za punkt startowy wybrałem Gniewino – dokładnie parking przy Kaszubskim Oku, miejscu, które znałem już z wcześniejszej wycieczki. Stamtąd rozpościera się widok na elektrownię szczytowo-pompową nad Jeziorem Żarnowieckim, a okolica aż prosi się o jazdę po wymagających trasach. Idealne warunki, by sprawdzić możliwości e-bike’a i wycisnąć z tej przygody jak najwięcej.
Trasa, którą zaplanowałem, prowadziła po terenach trudnych – takich, na które zwykłym rowerem raczej bym się nie porwał. Ciasne leśne ścieżki, piasek, fragmenty wzdłuż samego morza – wszystko to, co stanowi wyzwanie i sprawia, że jazda staje się jeszcze ciekawsza. Dzięki wsparciu silnika mogłem pozwolić sobie na więcej, nie martwiąc się o dystans czy kondycję.
Choć wcześniej jeździłem na e-bike’ach w górach i Kielcach, nad Bałtykiem mogłem wreszcie dokończyć fragment wyprawy, którego nie udało się pokonać szóstego dnia. Startowałem z Gniewina przy Kaszubskim Oku, skąd widok na elektrownię i wymagające trasy idealnie nadawał się do testowania e-bike’a. Trasa prowadziła po trudnych terenach – leśnych ścieżkach, piasku i nad morzem – a dzięki wsparciu silnika mogłem pokonywać więcej bez martwienia się o kondycję.
Muszę przyznać, że zmiana charakteru jazdy i podróżowanie po zupełnie innej nawierzchni było fantastycznym urozmaiceniem. Jazda po grząskim piachu sprawiała ogromną frajdę – silnik e-bike’a bez problemu przedzierał się przez opory toczenia, a szerokie jak koła mojego auta opony dawały poczucie pełnej kontroli. Pełne zawieszenie dodawało zabawy przy podjazdach i zjazdach, a każda kolejna godzina mijała niemal niezauważalnie.
Po jednej przerwie na obiad, podczas której trochę naładowałem rower, dotarłem do Jastrzębiej Góry, a zaraz za nią do Rozewia, gdzie czekała na mnie latarnia morska. Rowerem podjechałem niemal pod samą wieżę, co samo w sobie było świetną zabawą. Następnie skierowałem się do Władysławowa, by domknąć brakujący fragment trasy i ruszyłem dalej w kierunku południowo-zachodnim, nad Jezioro Żarnowieckie. Chcąc nie chcąc, przypomniałem sobie dawną trasę rowerową po śladach kolejki wąskotorowej do Krokowej – łatwą asfaltową drogę, ale niezwykle malowniczą.
Zmiana stylu jazdy na e-bike’a i jazda po grząskim piachu była świetnym urozmaiceniem – silnik radził sobie z oporami, a pełne zawieszenie dawało frajdę na podjazdach i zjazdach. Po krótkim lunchu dotarłem do Jastrzębiej Góry i Rozewia, gdzie rowerem podjechałem niemal pod latarnię. Następnie ruszyłem w stronę Władysławowa i dalej nad Jezioro Żarnowieckie, przypominając sobie malowniczą trasę kolejki wąskotorowej do Krokowej.


Bateria powoli się kończyła i w końcu doświadczyłem całkowitego jej wyczerpania. Podjazd na ostatnie wzniesienie przy Jeziorze Żarnowieckim zmusił mnie do podprowadzenia roweru – bez wspomagania nie dało się podjechać. Dopiero na małej przerzutce, po minięciu góry, udało się jechać dalej. Ten dzień pokazał, że na jednym ładowaniu można przejechać około 100–110 km, choć jazda brzegiem morza na kilku kilometrach mocno nadwerężyła baterię.
Cały dzień minął w mgnieniu oka, pełen emocji, przygody i nowych wrażeń. Po ostatnich kilometrach pozostało już tylko spakować rower i wrócić do domu – z uśmiechem na twarzy i świadomością, że jazda e-bike’iem to zupełnie inny wymiar rowerowej przygody.
Bateria e-bike’a wyczerpała się przy podjeździe nad Jezioro Żarnowieckie, więc musiałem chwilę podprowadzić rower. Na jednym ładowaniu można przejechać około 100–110 km, choć jazda wzdłuż morza nadwerężyła baterię. Dzień minął szybko, pełen przygód, a po zakończeniu wycieczki wróciłem do domu z uśmiechem i nowym doświadczeniem rowerowej podróży.