

A gdyby tak zejść z tej góry i wyruszyć na tą wyższą? Szybka ocena sytuacji. Sprawdzenie map w telefonie, pogody i godziny...Idę!
Zszedłem z murów zamku i zacząłem schodzić z góry do miejsca, gdzie zaczyna się szlak prowadzący na tę wyższą górę. Pół kilometra schodzenia również po niejednorodnych głazach, często obsuwających się jest niebezpieczny. Nie mam specjalnych butów na górskie wycieczki, więc uważałem, by sobie nie skręcić kostki.

W końcu zszedłem na dół i przy wielkim głazie na rozstaju dróg. Teraz zaczynam ponownie spacer pod górę. Trasa nie jest tak stroma, ale jest o wiele dłuższa.

Zamek San Casto, na którym byłem godzinę temu, widziany z drugiej góry wydaje się być taki mały. Robię sobie małą przerwę i idę dalej. Kupno dodatkowego jedzenia w Sorze opłaciło się ;-)

Po sympatycznym spacerze wszedłem prawie na sam szczyt góry. Szlak wiedzie dalej w po graniach gór, więc tutaj robię finał dzisiejszej wycieczki. Podziwiam wszystko z góry. Jest piękna, słoneczna pogoda. Cóż za przyjemny czas. Pora na zdjęcia.


Sora ze szczytu góry na wysokości 900 m.n.p. Niesamowite widoki.


Chętnie bym tu został, ale mam do przejścia jeszcze ponad 10 kilometrów i to nie po równym terenie. Bezpiecznie schodzę drogą powrotną na sam dół.
Będąc w Sorze robię małe zakupy na drogę. Tak. Wino ;-) Kasia po dotarciu ze mną do zamku wróciła do domu i przyszykowała pyszną kolację, do której zabrakło czekać smacznego do popicia. Czułem się zobowiązany dostarczyć coś dobrego.
Do domu zaszedłem o zmroku. Byłem bardzo zmęczony, a ostatni trzy kilometry niemalże wdrapywania się po pochyłem terenie było trudne. W końcu wszedłem do mieszkania i resztę wieczoru, wraz z koleżanką Olivią spędziliśmy na rozmowach i jedzeniu. To był wspaniały dzień.
Podróż do San Felipe Circeo
W końcu przyszedł czas, w którym musiałem opuścić piękne strony Pescosolido. Długo patrzyłem na te góry i obiecałem sobie, że jeszcze na nie kiedyś popatrzę.
Czekała mnie ciekawa trasa, której celem była miejscowość leżąca u podnóża wielkiej góry Circeo, która jako jedyna w najbliższej okolicy osiąga takie rozmiary i leży nad samym morzem Tyrreńskim.
Wyjechałem o 8.30. Dzień zapowiadał się na bardzo słoneczny, a wiatr wiał w plecy. Dużo korzystnych czynników łącznie z tym, że z górzystych rejonów będę systematycznie zjeżdżał w kierunku morza, czyli jakieś 400 m.
Podziękowałem Kasi za cały pobyt i się pożegnaliśmy. Jestem naprawdę szczęśliwy, że tu przyjechałem.

Zjazd do Sory z góry minął raz dwa. Ostatni raz popatrzyłem na zielone sady, drzewa oliwne, domki oraz farmy. Na góry, które niedawno zdobywałem.
Szybki przejazd przez Sora. Minąłem mały bazar. Ciekawe, bo przypomniał mi się bazar w Olecku. Nie miałem zbytnio czasu, by poszukać jakiś fajnych gaci, może w rowerki.

Do miejscowości Frosinone, która jest następna teren był pagórkowaty i to dosyć mocno. Góra, dół, góra, dół, ale jednak wyczuwalnie górki coraz lżejsze, a zjazdy dłuższe.
Gdzieś daleko przede mną zaczął pojawiać się ciemny kształt wynoszący się ponad teren. To pewnie Góra Circeo, u stóp której leży miasteczko, w którym się dzisiaj zatrzymam - San Felipe Circeo.
Trasa w całości biegła przez ruchliwe ulice, szczególnie pierwsze 50 kilometrów. Do Frosinone ruch był spory, więc trzymałem się pobocza jak tylko mogłem, czasem stając na uboczu, by odpocząć i coś zjeść.

W końcu ruch się uspokoił, a ja wjechałem w spokojniejsze tereny. Góry, które otaczały mnie zewsząd teraz koncentrowały się już tylko z tyłu oraz po mojej lewej. Zacząłem jechać spokojną szosą przez ziemie uprawne. Czasem jeszcze w oddali widziałem skupiska domków na wzgórzach. To bardzo ładny widok. Po długim zjeździe wiedziałem, że jestem już tylko kilkanaście metrów nad poziomem morza.

Po tej przyjemnej jeździe dotarłem do celu. Sympatycznie wyglądający hotel. Zameldowałem się i odpocząłem po tej stukilometrowej wycieczce. Później wybrałem się na małą przejażdżkę po San Felipe. Chciałem zobaczyć mały port, który mieści się przy górze Circeo.

Zwiedzanie okolicy:
Góra Circeo robi wrażenie. Plaża, która leży u jej stóp jest czysta i ładna. Klimatyczna bardzo. Na szczycie góry widać jakieś ruiny. To Torre Fico.

W sezonie to miejsce musi cieszyć się ogromną popularnością i jest tu pełno ludzi. Teraz w spokoju mogę napawać się pięknem tego miejsca. Jeszcze jakiś czas siedzę na ławeczce i myślę o różnych sprawach.
Niedaleko stąd znajduje się punkt widokowy. Piękne ujęcie na morze Tyrreńskie wraz z oddalonymi górami w tle. Niesamowite połączenie. Bardzo poprawia nastrój mi to miejsce. Zostaję tu chwilę.


Nieśpiesznie wracam do hotelu. Muszę zrobić małe zakupy na jutrzejszy dzień. Chcę też odpocząć w wygodnym łóżku hotelowym. To był naprawdę udany dzień. Nie mogę doczekać się jutrzejszego, ostatniego dnia pobytu we Włoszech. Zobaczyłem już tak naprawdę wiele, że przeraża mnie myśl na recenzowanie tego wszystkiego dla Was. Ale jak widać, udało się.
Trasa dzisiejszej wycieczki:
Wycieczka wzdłuż wybrzeży morza Tyrreńskiego
Już wczorajszej nocy przebierałem nogami na myśl o tym, co pięknego zobaczę tego dnia. Od razu, bezceremonialnie, z grubej rury pierwszym punktem wycieczki była twierdza Torre Paola, usytuowana na górze Circeo, tym razem od drugiej strony.
Nim jednak ruszyłem w to miejsce, wróciłem jeszcze raz na piękną plaże przy porcie, którą odwiedziłem wczoraj. Wschodzące słońce inaczej oświetlało to miejsce, a miejsca oświetlane inaczej mogą się różnić. Tak też było.

Bjutiful! Jadę dalej! Około 5 km dalej, po objechaniu całej góry, na jej zboczy dumnie stoi Torre Paola. Zostawiam na dole rower, robię tu parę zdjęć i lecę na górę.


Wejście do tej twierdzy proszę Państwa jest zablokowane, zagrodzone i nie wiem, co jeszcze. Jednak forsuję betonową ścianę, wspinając się z pomocą metalowego pręta i pokonuję ogrodzenie. Jestem tu sam. Powoli kamiennymi schodami szukam drogi na górę. Teren jest zniszczony i zarośnięty.
W końcu stoją pod twierdzą. Wejście do wewnątrz jest zamknięte. Widzę jakieś stare rusztowanie z jednej strony twierdzy, ale uznaję, że nie mam teraz czasu na takie wspinaczki i ewentualne przedłużenie urlopu na pobyt w szpitalu po upadku z wysokości.


Co tu dużo mówić. Jest tu przepięknie. Widok z góry na lekko zakrzywione wybrzeże, na sunące fale morza i dumnie prezentujące się łańcuchy gór w tle powala na łopatki. Do tego przepiękna słoneczna pogoda. Chociaż zdjęcia są tylko namiastką tego, co widzi się w rzeczywistości, niech to będzie dla Was zachęta, by może kiedyś udać się w te strony. Naprawdę warto.
Krótki film przedstawiający widok z Góry Circeo
Chodzę tu jeszcze jakiś czas i zaglądam w każdy kąt. Nieśpiesznie wracam na dół i zaczynam wycieczkę. Minęło już trochę czasu, a ja przejechałem niecałe 10 kilometrów.
Zaczynam jechać wzdłuż morza. Zwykła ulica. Jedzie się naprawdę sympatycznie. Co raz mijam wejścia na morze, do których prowadzą drewniane kładki.

Czas płynie powoli i dobrze. Czasem zatrzymuję się po prostu i oglądam widoki dookoła. Morze równie piękne, co w Polsce, ale woda cieplejsza. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zarys góry Circeo ładnie prezentuje się nad linią morza.

Wybrzeże Morza Tyreńskiego wraz z górą Circeo w oddali

Wybrzeże Morza Tyreńskiego
i górą Circeo w oddali
Trasa wycieczki:
Powrót do Polski

Szukam swojego lotu powrotnego
Po dotarciu na lotnisko cały proces ponownego pakowania roweru i nadawania przeszedł szybciej niż na początku wycieczki do Włoch.
Po całodziennej wycieczce i małym stresie związanym z wjechaniem ruchliwą drogą na lotnisko byłem najnormalniej w świecie zmęczony, ale za to szczęśliwy.
Lot opóźnił się około pół godziny. W końcu weszliśmy na pokład i wzbiliśmy się w powietrzne. Rzym widziany z lotu ptaka nocą wygląda przepięknie. Pajęczyna różnej grubości nici światła pięknie mieni się na czarnym tle. Widziałem Fiumicino, a potem szukałem Koloseum i Watykan wśród tych świateł.

Dotarliśmy bez problemów. Szybko odnalazłem bagaż rejestrowany i mój rower. Czyż nie wygląda sympatycznie w tym czarnym worku?

Zaraz to chyba mój rower
Ponowne składanie roweru szło jak z płatka. Rower cały i niezniszczony. Pozostało jedynie wrócić do hotelu, który mieścił się kilka kilometrów od lotniska.
Drogi puste, więc bezpiecznie dotarłem po około 15 minutach na miejsce. Marzyłem o śnie, a duże łóżko zapowiadało dobry sen. Tak też było.
Wstałem na syte śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Później, gdy już wychodziłem z hotelu, zamieniłem krótką rozmowę z pracownikami hotelu, którzy zainteresowali się widząc, że jestem ubrany na rowerowo. Po krótce opowiedziałem im swoją rowerową historię oraz podałem adres mojego bloga.
Około 10 kilometrów dalej był dworzec centralny. Po jakimś czasie już byłem na miejscu i wsiadłem do pociągu.
Całą drogę rozmyślałem o tej niesamowitej rowerowej przygodzie. Dzieliłem się z Wami zdjęciami na Instagramie oraz rozmawiałem ze znajomymi. Podróż minęła szybko.
W końcu pociąg dojechał do stacji w Gdańsku, a ja pół godziny później w końcu pociągnąłem za klamkę mojego mieszkania.
Wycieczka dobiegła końca.
Mam nadzieję, że podobało się Wam tak samo jak mi ;-)
Do zobaczenia na szlaku!
